Westchnęłam znudzona po raz setny w ciągu ostatniej godziny. Dzisiaj był chyba jeden z najnudniejszych dni w wydawnictwie odkąd zaczęłam tu pracować. Nie działo się dzisiaj nic godnego większej uwagi, nie licząc popsucia się ksero i wizyty fachowca.
- Ech... Chcę już fajrant... - ponownie westchnęłam, obracając się dookoła, na obrotowym krześle.
- Nie narzekaj. Została jeszcze godzina i możesz spadać - koleżanka zza biurka obok, spojrzała na mnie znad monitora, przerywając pisanie jakiegoś maila.
- Piekielnie nudna godzina... - już miałam odetchnąć po raz kolejny, kiedy zadzwonił mi telefon. Podniosłam słuchawkę, ale nawet nie zdążyłam zacząć standardowej formułki, którą musieliśmy zaczynać rozmowy, gdy po drugiej stronie odezwała się Rozalia.
- Cześć kochaniutka, o której kończysz dzisiaj pracę?
- Standardowo, o czwartej... - odpowiedziałam niepewnie, po czym zapytałam - A dlaczego pytasz? Przecież doskonale wiesz, że codziennie kończę o tej samej godzinie.
- Oj, czepiasz się. Chciałam się tylko upewnić, że dzisiaj nie zostajesz dłużej po godzinach - wyjaśniła lekko wzdychając i dałabym sobie rękę uciąć, że w tamtym momencie przewróciła oczami.
- Co ty znów kombinujesz? - zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, co mogła wymyślić białowłosa.
- Zaraz "znów kombinujesz"... Po prostu ostatnio minęły cztery lata odkąd się zaprzyjaźniłyśmy i pomyślałam, że mogłybyśmy uczcić to w takim babskim gronie. No wiesz, pizza, lody itp...
- Ty mi tu nie mydl oczu babskim gronem, bo znając ciebie, to nie wytrzymałabyś organizując skromne spotkanie i, i tak, i tak zrobiłabyś większą imprezę, mimo iż to nie jest jakaś super, mega ważna okazja do świętowania, co więcej to na dziewięćdziesiąt procent wcale nie chodzi ci o tą całą rocznicę, tylko wpadłaś na jakiś genialny plan i chcesz go przedstawić większemu gronu za jednym razem - powiedziałam prawie na jednym wydechu, żeby jak najszybciej przekazać jej swoje zdanie, ponieważ dziewczyna byłaby zdolna do tego żeby mi przerwać i przedstawić całą sprawę w taki sposób, że to wcale nie był jej pomysł, ale kogoś innego. - Więc? O co tak na prawdę chodzi?
- Ech... Ty się wcale nie umiesz bawić i od razu wszystko mi psujesz... - burknęła obrażona, że od razu ją przejrzałam. - Chodzi o to, że tak sobie ostatnio myślałam, że skoro wszystko już zaczyna wracać do normy, Kastiel wrócił, przestaliście się ze sobą kłócić i żyjecie razem, a Gwen chce przyjechać do miasta, żeby odpocząć trochę przed obroną pracy magisterskiej, to moglibyśmy zorganizować takie wspólne spotkanie, jak za dawnych lat. Nie uważasz, że to dobry pomysł?
- W sumie to nie jest jeszcze taki najgorszy... - mruknęłam, wzruszając ramionami, a moje myśli mimowolnie powędrowały w stronę Kentina. Z moich ust wyrwało się kolejne ciche westchnienie, które tym razem nie miało nic wspólnego ze znudzeniem. - A kiedy masz zamiar to zorganizować?
- Dziś wieczorem? - powiedziała nieco niepewnie, jakby bała się mojej reakcji.
- Powiedz mi jeszcze, że wpadłaś na to dzisiaj, to chyba padnę.
- Właściwie, to tak... - przyznała, mrucząc cicho.
- Jesteś niemożliwą kobietą, wiesz o tym? - zaśmiałam się, kręcąc głową.
- No, ale ja nic na to nie poradzę, że dzisiaj rano rozmawiając z Leo, tak jakoś naszło mnie na przemyślenia i doszłam do tego tak po prostu? - mruknęła speszona.
- Nie przejmuj się już tak mocno. Tak sobie tylko żartuję - zamyśliłam się na chwilę, zastanawiając się nad tym wszystkim co powiedziała mi Rozalia. - No to, o której godzinie mamy się wszyscy spotkać i gdzie masz zamiar to wszystko przeprowadzić?
- W naszej pizzerii? Koło godziny dziewiętnastej, dwudziestej? Tak, żeby każdy zdążył po pracy się ogarnąć i dotrzeć.
- Wydaje mi się, że będzie okej. To o dwudziestej, przy naszym stoliku?
- Okej - w głosie Rozalii w końcu rozbrzmiewały nutki szczęścia, które u białowłosej zawsze pojawiały się, gdy ta mogła cokolwiek zaplanować i zorganizować. Dokładnie tak samo jak kilka lat temu, gdy przyszło jej kontrolować postępy przy pracach związanych z koncertem.
- Powiem Kastielowi, żeby nie planował sobie dzisiaj niczego na wieczór...
- Nie trzeba.
Po tym krótkim zdaniu dziewczyny, zdębiałam. Dosłownie.
- Co? - zapytałam mało składnie, nie będąc pewna, czy dobrze wszystko usłyszałam.
- Noo... Nie trzeba. Już wszystkim wysłałam wiadomość, że dzisiaj zebranie w naszym barze.
- Jezu! Roza! Ty naprawdę jesteś niemożliwa!
Kiedy o godzinie siedemnastej mogłam wreszcie opuścić budynek wydawnictwa. Przed wejściem czekał na mnie już Kastiel oparty o swój motor. Gdy mnie dostrzegł na schodach, jego usta wykrzywił standardowy, lekko cyniczny uśmieszek, który sprawiał, że w moim brzuchu budziło się stado motyli. Zawsze. Od pierwszego naszego spotkania.
- Co tak długo, mała? - zapytał, odbijając się lewą nogą od maszyny, podchodząc do mnie powolnym krokiem.
- Ile razy mam ci mówić, żebyś nie mówił do mnie "mała"? - przewróciłam oczami, wtulając się w jego klatkę piersiową, zaciągając się jego niesamowitym, męskim zapachem.
- Nie powiem ci ile, ale to i tak nic nie da, mała. Jesteś po prostu do tego stworzona - zaśmiał się cicho, czochrając moje włosy.
- Przestań... - jęknęłam, odsuwając się od jego ręki. - Wracajmy już do domu, bo muszę się odświeżyć, przed wieczornym spotkaniem.
- O co w ogóle chodziło Rozalii? - spojrzał się na mnie spod ściągniętych pytająco brwi. - Zadzwoniła do mnie i od razu zaczęła gadać, że mam się dzisiaj nigdzie nie wybierać, bo jest zebranie w barze. What?
- Ehh... Ta jak zwykle nic nie powie... - westchnęłam cicho, pocierając czoło palcami, już czując w kościach tą ciężką rozmowę na temat pomyśle Rozalii. - Wymyśliła sobie coś "wielkiego" i chce wam o tym powiedzieć, ale ode mnie nic więcej się nie dowiesz, bo się na nic nie zgodzisz, a tak jak będziesz przyparty do muru, to nie będziesz miał wyjścia.
- Co?! - krzyknął, ale już mu nie odpowiedziałam, zakładając na głowę kask.
Jęknął cicho wiedząc, że białowłosa ma czasami naprawdę szalone pomysły. Wsiedliśmy na motor i wróciliśmy do domu.
W mieszkaniu przygotowałam szybki posiłek dla siebie i bruneta, ponieważ od lunchu nic nie jadłam, a nie chciałam, żeby później burczało mi w brzuchu.Po zjedzeniu i umyciu naczyń, udałam się do łazienki na szybki prysznic. Ledwo zamknęłam się w kabinie prysznicowej, usłyszałam jak drzwi do łazienki otwierają się i do pomieszczenia wszedł Kastiel.
- Serio? - zapytałam się w przestrzeń, szorując włosy z lakieru, który ujarzmił moje pukle w eleganckim koku. Niestety w naszym wydawnictwie panował wymóg nienagannej fryzury, a moje kosmyki nie chciały nigdy ze mną współpracować bez ogromnej ilości lakieru. - Nie mogę zostać sama chociaż na pięć minut?
Otworzył kabinę, wpuszczając mi do środka chłodne powietrze. Opłukałam włosy, odchylając głowę do tyłu, żeby nie przeszkadzały mi i nie leciały na twarz, po czym spojrzałam się na stojącego przede mną Kastiela.
- Ale ty kusząco wyglądasz, taka mokra... - zamruczał cicho, mrużąc lekko oczy, przyglądając się dokładnie każdemu skrawkowi mojego ciała. - Aż mam ochotę cię schrupać tu i teraz...
- Nawet się nie nakręcaj. Zaraz musimy wychodzić - prysnęłam mu wodą z palców w twarz, wymijając go. Otuliłam się cieplutkim ręcznikiem wiszącym na kaloryferze. Drugim owinęłam włosy, powoli je osuszając.
- No ej... To jest nie fair. Zawsze jak mam na ciebie ochotę, to znajdujesz jakieś wymówki. Czuję się niedopieszczony...
- Nie dramatyzuj. Wynagrodzę ci to później wieczorem... - zaśmiałam się cicho, widząc jego spojrzenie, gdy wychodziłam z zaparowanego pomieszczenia.
- Ja mam nadzieję, że dotrzymasz obietnicy, bo jak nie to pożałujesz! Nie odpuszczę ci - wszedł za mną do sypialni i usadowił się na łóżku, skąd przygadał mi się jak ubieram świeże ubrania i jak suszę włosy.
- Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz - prychnęłam, sięgając z toaletki perfum.
- Osz ty, mała mendo! - zawołał, po czym ściągnął nie na łóżko i zaczął łaskotać. - Taka cwana jesteś?
- Kastiel, nie! - krzyknęłam, próbując się wyrwać z jego uścisku i łaskotek. - Roszę, przestań!
- Teraz to "proszę przestań", a przed chwilą tak cwaniakowała. No patrzcie, jak szybko zmienia zdanie.
- Błagam! Kastiel! - ledwo wydusiłam te dwa proste słowa, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. - To nie jest śmieszne! Puść mnie!
- Skoro nie jest śmieszne, to dlaczego się śmiejesz?
- Może dlatego, że ją łaskoczesz?
Kastiel automatycznie przerwał gilgotanie mnie, słysząc w drzwiach głos Alexa.
- Co ty tu robisz? - zapytał zdezorientowany, a ja wykorzystując jego nieuwagę, wyrwałam mu się i podbiegłam do niebieskowłosego.
- Al! Ratujesz mi życie! - wysapałam, przytulając go z wdzięcznością.
- Nie ma za co Liv. Z takimi wariatami to nic nie wiadomo - zaśmiał się cicho, widząc rozeźloną minę bruneta. - A zjawiłem się tu dlatego, że żadne z was nie odbierało telefonu, a drzwi były otwarte.
- Masz w dupie czyjąś prywatność, co? A co, gdybyśmy tu uprawiali seks? Też byś tak tu wlazł?
- Też mi coś. Damskie ciało mnie nie pociąga, a twoje tym bardziej. Jesteś za chudy... Ja tam dolę troszkę więcej mięska...
- Alex! - krzyknęłam oburzona, przerywając im ten bardzo dziwny dialog.
- No co? Taka prawda - wzruszył ramionami, przewracając oczami. - Jak już skończyliście te swoje kizianie, to może w końcu ruszymy stąd dupy, bo Roza jak się wścieknie to znów ja zjebę za wszystko dostanę.
piątek, 27 października 2017
czwartek, 20 kwietnia 2017
~ Rozdział 82 ~
Ekhm... Witam.
Cóż... Należałyby się Wam, moi kochani czytelnicy, ogromne przeprosiny.
Tak, wiem, jestem straszna. Jednakże ostatnimi czasy w moim życiu bardzo wiele się pozmieniało, nastąpiło bardzo dużo rewolucji, które zajmowały nie tylko mój czas, ale także myśli, przez co nie miałam nawet jak skupić się na opowiadaniu. Ech... Tak się zastanawiam czy to nie było też spowodowane zbliżającym się końcem naszej historii. Ogromnie zżyłam się z tym opowiadaniem i zakończenie go jest dla mnie potwornie ciężkie. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego jak bardzo brakowało mi pisania tutaj i jak wielki bój sprawiałam sobie zaglądając tu co jakiś czas i patrząc na datę ostatniej (bardzo dalekiej) publikacji. Mam jednak nadzieję, że wszyscy posiadacie ogromnie kochające serduszka, które będą w stanie mi wybaczyć tą kilkumiesięczną przerwę.
Jednakże na razie zapraszam te osoby, które wytrwale czekały na kolejny rozdział, do czytania.
Gorąco pozdrawiam i najmocniej jeszcze raz przepraszam
Enjoy ♥
~~~~~~~~~~~~~ » . ღ . « ~~~~~~~~~~~~~
So honey now
Take me into your loving arms
Kiss me under the light of a thousand stars
Place your head on my beating heart
I'm thinking out loud
And maybe we found love right where we are
Take me into your loving arms
Kiss me under the light of a thousand stars
Place your head on my beating heart
I'm thinking out loud
And maybe we found love right where we are
~ Ed Sheeran - Thinking Out Loud
Mówi się, że opuszczenie czegoś jest trudne. Zostawienie czegoś tak po prostu i odejście od osoby, miejsca... Muszę przyznać, że mój wyjazd z Santa Cruz był dla mnie nieco przytłaczający. Kolejny raz przyzwyczaiłam się do nowego miejsca i po raz kolejny musiałam je opuszczać. Chyba powinnam już przywyknąć, że moje życie opiera się na ciągłych przenosinach z jednego miejsca do drugiego. Aczkolwiek pocieszające było to, że wracałam do swojego domu. Do przyjaciół. Do miejsca gdzie wszystko się zaczęło. Na samą myśl o tym wszystkim co zdarzyło się przez te kilka lat, zaszkliły mi się oczy.
-Liv... Ty płaczesz? Dlaczego?
Odwróciłam się w stronę wysokiego, postawnego mężczyzny o ostro zarysowanej szczęce, pokrytej kilkudniowym zarostem. Uniosłam wzrok i popatrzyłam się w jego prawie czarne oczy, w których wyraźnie było widać gorące uczucie.
- To nic takiego... - odparłam wzruszając ramionami. - Po prostu przypomniało mi się coś.
- Coś smutnego? - dopytywał ze zmartwieniem w głosie. Odgarnął mi włosy, które leciały mi do oczu.
- Wręcz przeciwnie... Coś bardzo przyjemnego. Coś dzięki czemu stałam się szczęśliwa.
- To dlaczego płaczesz?
- Wcale nie płaczę - oburzyłam się lekko, zakładając ręce na piersi. - Wzruszyłam się tylko. Nic nie poradzę, że to są moje najlepsze wspomnienia związane z Emeryville.
- Najlepsze mówisz? - Kastiel uniósł lewy kącik ust w zawadiackim półuśmiechu, przyglądając mi się uważnie.
- A tak! - zadarłam głowę do góry, żeby jeszcze bardziej podkreślić swoje zdanie.
- A co w tych najlepszych wspomnieniach się znajduje? - pochylił się nad moim uchem i wymruczał do niego pytanie, delikatnie muskając płatek ustami. - Czyżby przypadkiem nie to, jak się poznaliśmy, niezdaro? Jak chciałaś mi pokazać, że jesteś twarda i wcale nie rusza cię to, co do ciebie gadałem?
- Chciałbyś - prychnęłam, lekko się rumienić. Cholerny drań miał rację.
- Nie oszukuj sama siebie, mała - zaśmiał się gardłowo, widząc moje oburzenie, gdy nazwał mnie tym durnym przezwiskiem.
- A ty się nigdy nie nauczysz, żeby mnie nie nazywać tym durnym określeniem? Nie jestem mała!
- Nie denerwuj się, bo złość piękności szkodzi, mała - drażnił się ze mną, czerpiąc niemałą radość z tego, że mógł mnie wyprowadzić z równowagi.
- Boże... Jak ja z tobą wytrzymuję? - zapytałam retorycznie, odwracając się w stronę spakowanych już walizek, po które miał przyjść ktoś z obsługi hotelowej i zabrać je do recepcji.
- Wytrzymujesz ze mną, bo beze mnie żyć nie możesz - zaśmiał się, rozkładając się po raz ostatni na miękkiej skórzanej kanapie.
- Wmawiaj sobie, wmawiaj...
Podróż minęła nam bardzo szybko, co było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ z tego, co pamiętałam, jazda do Santa Cruz ciągnęła mi się przez dobrych kilka godzin. Być może to zajmująca obecność Kastiela tak podziałała, że nie zwracałam zbytniej uwagi na czas?
Gdy znaleźliśmy się u mnie pod domem, wszyscy już czekali przez moim mieszkaniem, chcąc mnie przywitać. Wyglądało to dość komicznie, gdy patrzyło się na całe to zbiorowisko. Cóż... Od czego ma się przyjaciół?
- Liwia! - usłyszałam radosny krzyk i zaraz po tym zostałam zmiażdżona w niedźwiedzim uścisku Rozalii. Czy to w ogóle możliwe, żeby ciężarna kobieta miała aż taki ścisk?
Zaraz po niej rzucili się na mnie inni. Każdy chciał nie wyściskać, wycałować i Bóg jeden wie, co jeszcze.
- Ekhm... - odkaszlnęłam, odsuwając od siebie rozentuzjazmowanego Alexa. - Dobra, dość. Jeszcze mnie udusicie i co? Dajcie mi się na spokojnie wnieść z tymi tobołami do domu!
- Ale to my ci pomożemy! - zawołał niebieskowłosy, wyrywając mi wręcz torebkę z rąk.
- Dziękuję Alexy, ale z tym, to akurat sobie poradzę. Nie jest aż tak ciężka.
- Za grosz wdzięczności - westchnął teatralnie, załamując ręce. - Chcesz pomóc, to źle, a jak nie pomyślisz nawet o pomocy, to jeszcze gorzej.
- Myślę Al, że Liwia ma już kogoś do pomocy - stwierdził znacząco Matt, przyglądając się Kastielowi, który stał oparty o samochód z założonymi rękoma na klatce piersiowej.
Wszyscy na słowa Matta automatycznie odwrócili się w stronę bruneta, jakby dopiero teraz zauważyli jego obecność. Kastiel wydawał się być niewzruszony nagłym zainteresowaniem jego osoby. Uśmiechnął się lekko do całego towarzystwa, jakie zebrało się przed moim domem.
- Świetnie dobrane słowa Matt - powiedział, odpychając się nogą od samochodu, po czym podszedł do mnie, obejmując mnie w pasie. - A ty? Co o tym sądzisz? - zapytał, zwracając się do mnie.
Momentalnie poczułam palące ciepło na policzkach, czując lekkie zawstydzenie.
- Cóż... - odkaszlnęłam lekko zażenowana. - Myślę, że przyda się każda pomoc. Jednak na razie chciałabym się na spokojnie załadować z tym wszystkim do mieszkania i chociaż wziąć odświeżający prysznic. Jakby nie patrzeć mam dość męczącą podróż za sobą.
- Dobra chłopaki! - Rozalia klasnęła w dłonie okute w grube skórzane rękawiczki. - Liwia chce spokojnie się z powrotem zadomowić u siebie i odpocząć. Jestem pewna, że jak tylko skończy odezwie się do nas, bo mamy dla niej małą niespodziankę, prawda? - powiedziała znacząco przyglądając się wszystkim po kolei.
Zmarszczyłam brwi, patrząc Rozalii w oczy, próbując ją rozgryźć, ale ta jak zwykle udawała, że nie widzi mojego wzroku. Westchnęłam cicho w kapitulacji, bo wiedziałam, że nie wygram z tą kobietą. Pożegnałam się z przyjaciółmi i z pomocą Kastiela wniosłam wszystkie swoje bagaże.
Gdy tylko postawiłam walizki w sypialni, nie mogłam się powstrzymać i rzuciłam się na łóżko, cicho wzdychając.
- Na reszcie w domu... - wymamrotałam cicho z twarzą w poduszce.
- Nie na długo - stwierdził brunet, śmiejąc się cicho pod nosem. - Roza ma chyba inne plany związane z twoją osobą.
- Nie teraz... Proszę... - jęknęłam, przekręcając się na plecy. - Daj mi się napawać tą spokojną chwilą.
- Jak wolisz - Kastiel, podniósł dłonie do góry w geście kapitulacji - ale jak zaraz dostaniesz telefon, żebyś się pospieszyła, to nie miej do mnie pretensji. Przecież wiesz jaka jest Rozalia.
- Sadysta...
Podniosłam się z łóżka i otworzyłam jedną z walizek w poszukiwaniu jakieś sukienki. Wybrałam rozkloszowaną sukienkę z czerwoną spódnicą i czarną górą z długimi rękawami, którą kupiłam tuż przed samym wyjazdem. Zgarnęłam z krzesła pierwszy lepszy ręcznik i udałam się do łazienki, wziąć gorący prysznic. Gdy znalazłam się w kabinie, odkręciłam kurki i zaczęłam powoli namydlać swoje ciało żurawinowym żelem pod prysznic. Wzięłam głęboki oddech, napawając się gorącą wodą spływającą po moim ciele. Na reszcie w domu...
Kilkadziesiąt minut później osuszałam już włosy ręcznikiem, siedząc z powrotem na łóżku. Kastiel siedział na obrotowym krześle i bawiąc się telefonem, czekał aż wyschną mu włosy.
- Nie możesz ich sobie suszarką przesuszyć? - zapytałam, wyłączając właśnie urządzenie.
- A co ja, baba jestem, żeby takich pierdolników używać? - prychnął, nie podnosząc nawet wzroku.
- A co to ma do tego? - uniosłam brew w zdziwieniu. - Szybciej ci wyschną i nie będziemy musieli słuchać marudzenia Rozalii.
- A niech marudzi. Co mnie to obchodzi?
- Ach, więc to tak...? - podniosłam się z łóżka i opierając dłonie o biodra, podeszłam do bruneta. - To mnie pospieszałeś, że mam się nie wylegiwać na łóżku i mam się iść kąpać, a sam siedzisz z dupskiem i sobie spokojnie czekasz, bo ciebie nie interesuje marudzenie Rozy?
- Tak mniej więcej... - uśmiechnął się szeroko, bardzo zadowolony z siebie. - Właściwie to pospieszałem cię tylko i wyłącznie dlatego, żeby sobie posiedzieć i się nigdzie nie spieszyć.
- O ty mendo jedna! - zaczęłam czochrać jego włosy, bardziej napawając się ich miękkością niż po to, by je zmierzwić.
Jakieś pół godziny później siedzieliśmy wszyscy, całą paczką w naszym ulubionym barze, każde sącząc swojego ulubionego drinka. Oczywiście prócz Rozalii, która piła swój ulubiony sok.
- No dobra, ale koniec o mnie - powiedziałam, kiedy skończyłam opowiadać o swoim pobycie w Santa Cruz. - Co u was się działo? Jak się czujesz Rozalia? Jak bliźniaczki?
- Rosną jak na drożdżach, a ja coraz bardziej puchnę - stęknęła Rozalia, wykrzywiając sztucznie buźkę.
- Pięknie wyglądasz - odparł Leo, przytulając białowłosą, cmoknąwszy żonę w policzek.
- Oj, nie przesadzaj... Bo się jeszcze zarumienię i co? - zarumieniona Rozalia, szturchnęła bruneta w ramię, śmiejąc się cicho.
- Już nie bądź taka skromna. Każdy i tak wie, że uwielbiasz komplementy - prychnął Alexy, biorąc łyka ze swojej szklanki. - Jeśli wasze córki wdadzą się w nią, to ja ci współczuję Leo. To będzie istny armagedon!
- Momentami może będzie ciężko, ale za to właśnie ją kocham. Moja mała temperamentna kobieta - zaśmiał się, obejmując ją w pasie i całując w policzek. - Chociaż przeraża mnie myśl o trzech szalejących kobietach w domu - dodał po chwili głośnym szeptem, zasłaniając żartobliwie usta dłońmi przed Rozalią.
- No to ja ci szczerze współczuje braciszku - westchnął cicho Lysander z drugiego końca stolika. - Chyba, że wdadzą się w ciebie, to przynajmniej będziesz miał spokój.
- Oj tak. I będziesz miał pewność, że ci do sypialni nie wpadną, gdy będziesz chciał pobaraszkować z Rozą. Jakoś sobie nie wyobrażam twojego tłumaczenia dzieciom co robisz z mamą w środku w nocy, gdy zacznie się robić naprawdę gorąco - zarechotał Kastiel, biorąc potężnego łyka piwa.
- Ty to masz naprawdę dziwne pomysły, przyjacielu. Żebyś ty czasem nie musiał się tłumaczyć swoim dzieciom, dlaczego leżysz nagi na mamie... - Lysander posłał znaczące spojrzenie w naszą stronę. Automatycznie poczułam, że się czerwienię.
- Wiecie co chłopaki? Może zostawcie sobie takie tematy na inny raz, kiedy naprawdę będziecie musieli roztrząsać takie dylematy - weszłam w słowo Kastielowi, który już chciał rzucić jakąś kąśliwą uwagą.
Chwilę później, ku mojej ogromniej uldze, chłopaków pochłonął zupełnie inny temat.
Jak dobrze być w domu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)