- Co panience podać? - Podniosłam wzrok na barmana, który z uprzejmym uśmiechem przyglądał mi się z oczekiwaniem.
- Mojito poproszę - odpowiedziałam lekko drżącym głosem, błądząc wszędzie wzrokiem, byleby tylko nie patrzeć na Kastiela.
Chwilę później przede mną stała już oszroniona szklana z drinkiem. Pociągnęłam przez rurkę dość spory łyk, by pozbyć się nieznośniej suchości w ustach i zapić coraz większe zdenerwowanie.
- Co cię tu sprowadza? - zapytał, lekko przeciągając słowa cichym mrukliwym głosem, który sprawiał, że przechodziły mnie ciarki po plecach. I to nie w złym sensie. - Bo raczej z własnej woli byś tu nie przyszła...
- Cóż... Można tak powiedzieć... - parsknęłam śmiechem, odrywając się w końcu od drinka. Byłam tak znerwicowana, że nawet nie zauważyłam, iż już wypiłam połowę szklanki z mocnym trunkiem. - Zostałam tak jakby... Zmuszona do rozmowy z tobą.
- Jak to zmuszona? - pochylił się lekko w moją stronę, przez co zwrócił na siebie moją uwagę i w końcu przeniosłam na niego wzrok.
Czułam się tak, jakby czas zwolnił. Wpatrywałam się w jego ciemnoczekoladowe oczy, prawie tonąc w ich głębi. Był tak blisko mnie, że widziałam dokładnie każdy szczegół jego aparycji. Pełne, różowe usta wykrzywione w, tak dobrze mi znanym, ironicznym grymasie. Złośliwe iskierki igrające w jego tęczówkach. Pod lewym okiem widziałam nieco ciemniejszą plamkę pieprzyka, a lewą brew, którą miał delikatnie uniesioną w pytającym wyrazie, zdobiła niewielka jasna blizna. Nagle zapragnęłam dotknąć jej, poczuć pod palcami ten gładki kawałek skóry, który dzielił brew na dwoje. Moje serce znów przyspieszyło swoje tempo, a w ustach robiło mi się nieznośnie sucho.
Odwróciłam szybko spojrzenie, ponownie pochylając się nad szklanką z drinkiem. Miałam wrażenie, że lada chwila a wpadłabym w jego sidła, jak śliwka w kompot. Odkaszlnęłam lekko, nie mogąc pozbyć się dziwnych sensacji jakie działy się w moich wnętrznościach.
- Cóż... Koleżanka z pracy stwierdziła, że nie mogę przepuścić takiej okazji do poukładania sobie przeszłości i zaciągnęła mnie tutaj pod pretekstem mojej rozmowy z tobą - zerknęłam przez ramię, szukając w tłumie Milie.
Siedziała kawałeczek dalej i przyglądała się nam. Gdy dostrzegła, że oboje się na nią patrzymy, mi posłała mordercze spojrzenie i nieme ostrzeżenie w postaci "podcinanego gardła", natomiast Kastielowi pomachała z iście uroczym uśmieszkiem.
Chłopak widząc to parsknął śmiechem, wracając do swojej poprzedniej pozycji.
- Chyba zaczynam ją lubić - zaśmiał się gardłowo, po czym pociągnął spory łyk ze swojej szklanki.
- Nie dziwię się. Z pewnością byście się dogadali - pokręciłam głową nad swoim marnym losem.
- Tak uważasz? - zapytał, a ja kiwnęłam pewna siebie głową. Alkohol zawarty w moim mojito zaczął pomału mnie rozluźniać. - Po czym tak sądzisz?
- Hmm... - mruknęłam, dotykając palcem podbródka w zastanowieniu. - Oboje jesteście bezpośredni, ironiczni, pewni siebie i cyniczni wobec zdania innych.
Odwróciłam się w jego stronę opierając głowę o zwiniętą w pięść dłoń prawej ręki, której łokieć spoczywał oparty na blacie. Brunet przyglądał mi się przez chwilę, błądząc wzrokiem po mojej twarzy. Widząc jego przenikliwy, badawczy wzrok, czułam jak zaczynam się rumienić.
- Nic się nie zmieniłaś... - mruknął cicho, mrużąc lekko ciemnoczekoladowe oczy. - Dalej jesteś tak samo uparta i zadziorna jak w liceum. - Z każdym wypowiedzianym słowem przybliżał się do mnie coraz bardziej, aż w końcu nasze twarze dzieliło tylko kilka centymetrów wolnej przestrzeni. Przestrzeni przesiąkniętej charakterystycznym zapachem jego skórzanej kurtki i papierosów. - To dobrze. To mi się w twoim charakterku podobało najbardziej...
- Dlaczego? - zapytałam, czując się znacznie odważniejsza po alkoholu.
- Co dlaczego? - uniósł lekko lewą brew w zadziornym wyrazie. Czarny kosmyk przydługich włosów opadł mu lekko na policzek, podkreślając jego męskie rysy. - Dlaczego to mi się w tobie podobało?
- Dlaczego wyjechałeś? - To jedno pytanie opuściło moje usta nim do końca zdążyłam się zastanowić co chcę powiedzieć. Ono nurtowało mnie najbardziej, gdy zaraz po koncercie wpadłam w histerię. - Dlaczego to musiało się tak potoczyć?
Nie odpowiedział, cały cas patrząc mi w oczy. Widziałam w jego spojrzeniu skruchę i żal, że nie udało nam się tego inaczej poukładać. Wokół jego ust zrobiły mu się delikatne zmarszczki sprawiając, że wyglądał jakby bił się z własnymi myślami. Przyglądając mu się, poczułam nieodpartą chęć, dotknięcia go, pogłaskania po policzku. Chciałam poczuć pierwsze igiełki zarostu na jego szczęce. Już prawie unosiłam rękę, żeby zbliżyć ją do jego twarzy, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. Zaciskając dłoń w pięść, zawołałam barmana i poprosiłam o kolejnego drinka, a kiedy ten stanął przede mną, zaczęłam go dość szybko sączyć.
Co mnie napadło? Na macanki mi się zebrało, kiedy miałam z nim tylko porozmawiać. I to dla świętego spokoju, żeby Milicenta się ode mnie odczepiła. Ale nie. Oczywiście on musiał rozsiać wokół siebie swój urok, który do dziś działał na mnie, jak kocimiętka na kota. Czułam, że to się tak potoczy. Byłam tego świadoma, że nie potrafię przejść z Kastielem na zwykłe koleżeńskie stosunki. To było wręcz niewykonalne. Kastiel był dla mnie kimś znacznie więcej niż zwykłym znajomym ze szkoły. To był chłopak, którego pragnęłam z całego serca i całą sobą.
Gdy w tamtej chwili to do mnie dotarło, zaczęło zbierać mi się na płacz. Czułam piekące łzy pod powiekami i wiedziałam, że tylko sekundy dzielą mnie od wybuchu.
- Przepraszam... - wyszeptałam, podnosząc się ze stołka. Odwróciłam się na pięcie i pospiesznym krokiem wyszłam z lokalu.
Na zewnątrz zebrała się ulewa, ale nie obchodziło mnie czy zmoknę. Niszcząc w kałużach wody swoje ulubione szpilki zaczęłam oddalać się szybkim krokiem. Zdusiłam w dłoni szloch, dosadnie uświadamiając sobie, że nie jestem w stanie wybrać pomiędzy nimi. Że nie potrafię przestać kochać Kastiela, ani też nie mogę się zmusić, by zostawić Kentina.
- Liwia! - Pomiędzy szumem deszczu i rykiem silników przejeżdżających samochodów dosłyszałam wołanie bruneta, który wyszedł za mną. - Zaczekaj!
Przyspieszyłam kroku, nie będąc w stanie spojrzeć mu w oczy. To było dla mnie zbyt wiele.
- Liwia, proszę! - zawołał, łapiąc mnie za łokieć.
- Nie! - wrzasnęłam wyrywając się z jego uścisku i odpychając go od siebie. Nie mogłam znieść jego bliskości. - Proszę, Kastiel, zostaw mnie... - spojrzałam na niego żałosnym, zapłakanym spojrzeniem, cofając się kilka kroków. - Ja nie potrafię tak... To jest dla mnie za dużo. Nie potrafię patrzeć na ciebie i traktować cię jak zwykłego kolegi! Myślałam... - zająknęłam się, powstrzymując kolejny szloch. - Myślałam, że po takim czasie wszystko minęło i nie będzie z tym problemu, ale nie! Rozumiesz?! - krzyknęłam, czując się coraz bardziej bezsilna. - Nie potrafię przestać cię kochać!
- Cii... Już spokojnie... - powiedział cicho, przytulając mnie.
- Nie... proszę, zostaw... - W pierwszej chwili chciałam mu się wyrwać, ale kiedy poczułam ciepłą dłoń, która gładziła mnie spokojnymi ruchami po plecach, bez zastanowienia wtuliłam się w jego szeroką klatkę piersiową.
Nie przejmowałam się tym, że byłam cała przemoczona, i że wyłam mu w kurtkę. Liczyły się tylko te ciepłe dłonie i cichy, uspokajający głos, który zapewniał mnie, że wszystko będzie dobrze. Wiedziałam, że nie będzie, lecz na tamtą chwilę chłonęłam jego słowa, modląc się w duchu, aby okazały się jednak prorocze. Żeby wszystko ułożyło się bez większych ofiar.
- Nie płacz, maleńka! - zawołał, śmiejąc się jakiś podpity jegomość, wychodzący z baru. - Jak nie ten, to inny! Spójrz chociażby na swojego wybawcę!
Na słowa tamtego mężczyzny zapłakałam jeszcze bardziej. Nawet pijany, obcy facet potrafił dostrzec to, że z Kastielem pasujemy do siebie idealnie.
- Cii... Będzie dobrze... Nie przejmuj się - Kastiel przyłożył swoje wargi do czubka mojej zmoczonej głowy, przytulając mnie mocniej. - Może stąd pójdziemy?
Kiepsko rejestrując to, co działo się dookoła mnie, kiwnęłam głową na zgodę. Chciałam się znaleźć wszędzie, byle jak najdalej stąd.
Chłopak zaprowadził mnie do swojego ciemnego samochodu, stojącego na oddalonym kawałeczek parkingu. Najpierw otworzył drzwi od strony pasażera, by mnie wpuścić, a następnie okrążając auto, usiadł za kierownicą. Od razu włączył ogrzewanie, a mnie otoczyło przyjemne ciepło.
- Niszczę ci tapicerkę... - stwierdziłam cicho, pociągając zasmarkanym nosem.
- Nie przejmuj się. I tak miałem ją wymieniać - wzruszył ramionami, uśmiechając się do mnie delikatnie. - Co powiesz na gorącą herbatę?
Kiwnęłam głową na znak zgody, a on odpalił silnik. Ten zamruczał cicho i po chwili jechaliśmy zalanymi deszczem ulicami. Niedługo później wszystkie szyby zaparowały, odgradzając nas od ponurej rzeczywistości. Byliśmy tylko my, zamknięci w małej przestrzeni samochodu. Po kilkudziesięciu minutach lawirowania w miejskim labiryncie, Kastiel zatrzymał samochód i wyłączył silnik.
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam, zaglądając przez przednią, niezaparowaną szybę z nadzieją, że coś dostrzegę.
- Pod moim mieszkaniem - odparł po chwili, jakby bał się mojej reakcji.
Spojrzałam na niego zaskoczona, nie będąc w stanie rozszyfrować jego intencji. Kiwnęłam głową, po czym sięgnęłam w stronę klamki, żeby wyjść. Zdążyłam jedynie uchylić lekko drzwi, bo zaraz obok pojawił się brunet, żeby otworzyć mi drzwi.
W ciszy weszliśmy do wielkiego, szarego bloku mieszkalnego. Chłopak przepuścił mnie w przejściu, za co podziękowałam mu nieśmiałym uśmiechem. Obejmując mnie jednym ramieniem, zaczął prowadzić po schodach na górne piętra. Z początku, czując jego dotyk, spięłam się, ale moment później, łaknąć ciepła jego ciała, wtuliłam się w niego. Będąc już na trzecim piętrze, skierowaliśmy się ku rozwidleniu klatki schodowej, gdzie Kastiel zaprowadził mnie w prawy korytarz. Zatrzymał się przy pierwszych drzwiach i z tylnej kieszeni czarnych spodni wyjął pęk kluczy. Znalazłszy odpowiedni, otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka.
Wnętrze było przytulne i ciepłe. Korytarzyk nosił znamiona tego, że mieszkał tu mężczyzna, ponieważ pod szafką na obuwie leżały porozrzucane wszelkiej maści buty, a kurtki były rzucone niedbale na komodę. Jednak mimo tego małego chaosu, czuć było ten specyficzny zapach domu. Zapach, który sprawiał, że mieszkanie wydawało się przytulne, w którym czuło się bezpiecznie.
Ściągnęłam z siebie kompletnie mokrą skórę, a Kas zabrał ją ode mnie i przewiesił razem ze swoją na wieszak. Zaprowadził mnie do pierwszego pomieszczenia po prawej, które okazało się być salonikiem.
- Rozgość się, a ja pójdę zrobić nam herbaty - powiedział i zniknął w pomieszczeniu naprzeciwko.
Rozejrzałam się po pokoju, przyglądając się wszystkim sprzętom. Na stoliku obok, wyglądającej na miękką, kanapy leżał pół otwarty laptop, a obok niego sterta gazet motoryzacyjnych. Przy dużym oknie, na małej komodzie stał niewielki telewizor, a na lewo do telewizora stały szafki z książkami i obramowanymi zdjęciami. Zaciekawiona podeszłam do półki, gdzie stały ramki i z zaskoczeniem rozpoznałam w nich zdjęcia z moich urodzin. Parsknęłam śmiechem widząc fotografię, na której trzymam bruneta za twarz. Reszta zdjęć przedstawiała Kastiela z Demonem, kuzynostwem, czy Lysandrem. Tu i ówdzie przewinęły się zdjęcia z koncertu. Na ich widok boleśnie ścisnęło mnie w klatce piersiowej.
- Coś ciekawego tam znalazłaś? - zapytał, wchodząc do salonu z dwoma, parującymi kubkami aromatycznej herbaty.
- Nie sądziłam, że zatrzymasz wszystkie te zdjęcia... - mruknęłam, wskazując skostniałą dłonią na wspomniane przedmioty.
Zatrzęsłam się mimowolnie z zimna. Dopiero na widok gorącej herbaty, poczułam jak bardzo jestem zmarznięta. Szybko podeszłam do kanapy i otaczając dłońmi duży kubek, usiadłam na niej, cicho wzdychając, czując jak przyjemne ciepło ogrzewa moje palce. Upiłam malutki łyczek, a moim ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz. Kastiel bez słowa wyszedł z pokoju, by po krótkim czasie wrócić z dużym, puchatym kocem, który zarzucił mi na ramiona.
- Dziękuję... - wymamrotałam pomiędzy kolejnymi łyczkami naparu.
Brunet uśmiechnął się do mnie lekko, po czym otoczył mnie ramieniem, przyciągając do swojej klatki piersiowej. Westchnęłam cicho, czując otaczające mnie ciepło, rozluźniając się po chwili. Chłopak włączył telewizor, przełączając na kanał z jakimś filmem. Przez większość wieczoru nie odzywaliśmy się do siebie, trwając w przyjemnej, niczym nie skrępowanej ciszy. Trwając tak w jego ramionach, zapomniałam o brzydkiej pogodzie za oknem i o tym, co nas dzieliło. Nie wiedząc nawet kiedy, odpłynęłam w krainę snów, kołysana delikatnie w ramionach gitarzysty. Było mi tak bezpiecznie i błogo...
wtorek, 27 września 2016
sobota, 24 września 2016
~ Rozdział 72 ~
Pierwsze dwa tygodnie minęły mi bardzo szybko. Większość czasu spędzałam w biurze, pracując nad projektem i poznając wszystkich pracowników, a po skończonej pracy wracałam do swojego apartamentu kompletnie wykończona, nie mając sił nawet na wykonanie telefonu do znajomych. Dopiero gdzieś pod koniec września dałam się namówić na wyjście jednej dziewczynie, z którą współpracowałam.
Była to wysoka szatynka o dużych, orzechowych oczach i pełnych, czerwonych ustach. Na nosie zawsze miała duże okulary w czarnych oprawach. Mimo swojego wysokiego wzrostu zawsze nosiła buty na kilkucentymetrowej szpilce, które idealnie pasowały jej do całego stroju. Codziennie, gdy widziałam ją perfekcyjnie ubraną i uczesaną, przypominała mi się Rozalia i wręcz nie mogłam się powstrzymać od małego uśmieszku.
W piątkowy wieczór, zaraz po pracy udałyśmy się do małego baru w centrum miasta. Było to przytulne miejsce, w którym można było zjeść coś dobrego i wypić piwo. Usiadłyśmy przy kontuarze, a Milie zamówiła nam po drinku i dużą pizzę na pół.
Usiadłam przodem do szatynki, opierając się lewym łokciem o bar, zakładając nogę na nogę. Oparłam podbródek na zwiniętej w pięść lewej dłoni, spoglądając na towarzyszkę.
- Tak więc, Liwia... - zaczęła powoli, uśmiechając się lekko znad szklanki sączonego piwa. - Opowiedz mi coś o sobie.
- A co ja mogłabym ci o sobie opowiedzieć? - zapytałam, śmiejąc się cicho. Nienawidziłam podobnych pytań. Bo niby co mogłabym powiedzieć ledwo poznanej osobie?
- Cokolwiek. Chciałabym cię bliżej poznać - wzruszyła ramionami, sięgając po gorący kawałek pizzy, oblany ketchupem.
- Wiesz, gdzie mieszkam... Gdzie pracuję... - zaczęłam wymieniać na palcach. - Jestem w kilkuletnim związku z chłopakiem, który podkochiwał się we mnie od dzieciństwa...
- Boże! Ale ty jesteś przewidywalna! - żachnęła się, machając ręką, by mnie uciszyć. - Miłość z dzieciństwa? Jakie to przereklamowane. Nic ciekawego nie zdarzyło się w twoim życiu? Żadnego zwrotu akcji?
Parsknęłam aż śmiechem, słysząc słowa Milie. Zwrotów akcji w moim życiu było aż za dużo.
- Hmm... - mruknęłam zastanawiając się, co mogłabym jej powiedzieć, tak by nie wyjawiać za dużo. - W wieku osiemnastu lat poznałam swojego biologicznego ojca. Wpadł do domu mojej ciotki i próbował mi wmówić, że jest tylko jej znajomym, a nie jej bratem. - Niedowierzające spojrzenie dziewczyny wystarczyło, bym mogła być pewna, że ta rewelacja jest jak najbardziej nieprzewidywalna. Pokiwałam głową na potwierdzenie swoich słów. - Dzień później przedstawił mi mojego przyrodniego starszego brata,a ten okazał się najbardziej sarkastycznym i ironicznym facetem jakiego znałam... - zamilkłam na chwilę, cicho wzdychając, przypomniawszy sobie o kimś innym, kto również był niemożliwie sarkastyczny i ironiczny.
- Noo... Teraz to mnie zszokowałaś - pokiwała głową w uznaniu. - Ciekawe co tam jeszcze skrywasz - zaśmiała się, delikatnie dotykając palcem mojego czoła.
- Ojj... Nie chciałabyś wiedzieć - odsunęłam się lekko, wyciągając dłonie przed siebie w marnej imitacji obrony.
Obok nas usiadł jakiś mężczyzna, zamówił piwo i garbiąc się nad swoim trunkiem, zaczął je sączyć w milczeniu. Zignorowałam go, mimo że siedział tuż obok mnie. Niemniej jednak kręciło się tutaj sporo ludzi, więc zwracanie uwagi na każdego z nich było bezsensowne.
- O mój boże... - westchnęła ciemnooka, wpatrując się w osobnika za mną. - Co to za facet... - Parsknęłam śmiechem na jej reakcję, ale z ciekawości zerknęłam za ramię.
Nagle poczułam jak wszystko we mnie zamiera w przerażeniu. Odwróciłam się z powrotem w stronę koleżanki, modląc się w duchu, by to, co zobaczyłam, okazało się tylko przywidzeniem. Jednak, gdy usłyszałam jego głos już byłam na sto procent pewna, że to on.
- Milie... Możemy stąd wyjść? - zapytałam cicho, pochylając się w stronę dziewczyny. Nie chciałam, żeby mnie tu zobaczył.
- O co chodzi? - Od razu podłapała, że sprawa jest dość poważna.
- Proszę... Nie chcę tutaj o tym rozmawiać - sapnęłam, patrząc jej w oczy niemal błagalnie. Jeszcze tego brakowałoby tu, żeby on mnie rozpoznał.
Dziewczyna westchnęła ciężko, ale poprosiła o rachunek, byśmy mogły za niego zapłacić i wyjść. Niecałe dziesięć minut później spacerowałyśmy zatłoczonymi ulicami. Czułam na sobie uważny wzrok szatynki, ale jakoś nie paliło mi się do wyjaśniania całej sytuacji związanej z Kastielem. Otoczyłam się ramionami, czując jak chłód wieczoru przedostaje się przez skórzaną kurtkę, powodując gęsią skórkę i ciarki na plecach. Zatopiłam się w swoich myślach, raz po raz kalkulując wszystko to, co dotyczy Kastiela. Nie mogłam zrozumieć tego, po co przyjechał tutaj. Za mną? Przecież dosadnie mu przekazałam, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Z drugiej jednak strony sama nie byłam pewna swoich uczuć. W moim wnętrzu stale rozgrywała się zacięta walka pomiędzy tym, co uparcie powtarzał umysł, a tym, co zaczynało czuć serce. Dodatkowo do tego dochodziły wątpliwości i kolejny spór między tym, co czułam do Kena, a uczuciami związanymi z osobą gitarzysty. W głowie robił mi się coraz większy mętlik. Nie wiedziałam już co mam myśleć. Raz po raz rozbrzmiewały mi w myślach słowa Matta, kiedy wybraliśmy się razem na spacer po plaży. Czy Kentin byłby zdolny do tego, żeby mnie zranić? Jeśli tak, to wcale nie był lepszy od Kastiela... A to oznaczało, że oboje są tacy sami...
Wybaczyć Kasowi?
Mimo tego, że minęło już tyle czasu, ja wciąż miałam do niego uraz. Wciąż nie mogłam mu wybaczyć tego, że uciekł jak tchórz, nawet nie porozmawiawszy ze mną. Aczkolwiek chowanie urazy do tego czasu wydawało mi się infantylne i niepotrzebne. Byliśmy dorosłymi ludźmi, więc powinniśmy zachowywać się jak dorośli.
- Więc, dowiem się w końcu o co chodzi? - Moje przemyślenia przerwała Milie, zaczepiając mnie cicho. Westchnęłam ciężko, zagryzając lekko wargę w niepewności. - Dałam ci już dość dużo czasu do namysłu.
- To dość długa historia... - zaczęłam, próbując się przełamać. - Ten chłopak to moja pierwsza, prawdziwa miłość z liceum...
Kiedy padły pierwsze słowa dotyczące Kastiela, jakaś bariera pękła we mnie i zaczęłam opowiadać dziewczynie wszystko po kolei. Potrzebowałam wygadać się komuś, kto nie oceniałby mnie przez pryzmat tego, że znał nas oboje, czy też ze względu na to, że jest moim przyjacielem. Milie była kompletnie niewtajemniczona w tę sprawę, więc automatycznie stawała się osobą bezstronną. Była w stanie spojrzeć trzeźwo na sytuację i ocenić ją, jak ktoś zupełnie obiektywny.
- I tyle? - zapytała po jakichś czterdziestu minutach mojego monologu. Spojrzałam się na nią zdezorientowana, nie spodziewając się takiej reakcji. - Chcesz mi powiedzieć, że mając do dyspozycji takie ciacho, takiego faceta, wybrałaś swojego kumpla z dzieciństwa?
- Ja... Ja kocham Kena i to nie jest byle jaki ktoś. Troszczy się o mnie... - mruknęłam cicho, patrząc na swoje ulubione, znoszone szpilki.
- No dobra - powiedziała rzeczowo, podciągając rękawy granatowej sukienki. Spojrzała mi w oczy, zastanawiając się nad czymś. - Pozwól, że zacznę od początku. I od razu uprzedzam, mogę być trochę obcesowa - uniosła brwi, w oczekiwaniu na moją odpowiedź, a mi pozostało jedynie kiwnąć głową na znak, że rozumiem. - Kiedy zmarła ci matka przeprowadziłaś się do nowego miasta, poznałaś tam niewyobrażalne ciacho, zaczęliście się do siebie zbliżać, a tu nagle wpadł twój kumpel z dzieciństwa i zaczął ni z tego, ni z owego się na ciebie wydzierać, tak? - Potwierdziłam cichym mruknięciem. - Okej. Miałaś kilkanaście idealnych okazji, żeby zacząć coś na poważnie z Kasem, prawie się bzyknęliście na urodzinach, ale nic z tego nie wyszło, bo przybyła jego była laska, chcąc go wykorzystać, tak? - Kiwnęłam głową. - Uratowałaś mu dupsko przed kolejnym złamaniem serca, przespałaś się ze swoim kumplem z dzieciństwa i zorganizowałaś koncert, tak? - Z moich ust wyrwało się zmęczone westchnienie, ale potwierdziłam jej słowa. - Zaśpiewał ci piosenkę, gdzie wyznał ci swoje uczucia, a potem bezczelnie spierdolił, bo się "wystraszył"? - przy ostatnim słowie zakreśliła w powietrzu cudzysłów palcami. Kolejny raz kiwnęłam głową, zastanawiając się do czego ona dąży. - Po trzech latach, wraca, prawie jak książę na białym koniu i stara się zdobyć twoje względy, a ty go po prostu odrzucasz, bo masz swojego kumpla z dzieciństwa, który co zrobił, gdy zobaczył cię pierwszy raz po twojej wyprowadzce? Zaczął na ciebie drzeć ryja. Dziewczyno! Co z tobą jest nie tak!?
Spojrzałam na nią zdziwiona jej nagłym wybuchem, kompletnie nie rozumiejąc jej toku rozumowania.
- Ale o co ci chodzi? - zapytałam niepewnie.
- Nosz cholera jasna! Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! - uniosła ręce ku górze, wydając z siebie coś na kształt zrezygnowanego warknięcia. - Laska! Twoja licealna miłość, chłopak wyglądający jak rockowy bóg, wraca po tylu latach i wyznaje ci miłość! Tak ciężko zrozumieć? On cię pragnie idiotko, a ty go tak okrutnie zlewasz!
- Zranił mnie...
- Och, przestań! Chcesz chować urazy z młodości? Kenuś też cię zranił na początku, wyżywając się na tobie bez powodu, ale jemu to dałaś. A Kastiel prawie na kolanach do ciebie wraca i prosi cię tylko o rozmowę, a ty nic. No, wiesz ty co? - popatrzyła na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu. - Aż mam ochotę cię jebnąć w ten blond czerep.
- To co mam zrobić? - zapytałam zrezygnowana, nie wiedząc co począć.
- Kobieto, jeśli ty będziesz całe życie podążać za tym, co mówią ci inni to nigdy nie osiągniesz swojego prawdziwego szczęścia. Powinnaś słuchać swojego głosu serca. To ono jest twoim kompasem szczęścia, a nie to co gadają inni.
- Ale ja nie wiem co robić! - wybuchnęłam nagle, mając dość jej pretensjonalnego tonu. Czułam się jak pięcioletnie dziecko, któremu tłumaczy się, że nie wolno czegoś robić. - Już nie wiem! Kocham Kena. Był mi największym oparciem, kiedy wpadłam w depresję po wyjeździe Kastiela. Przy nim czuję się bezpieczna i kochana... - westchnęłam cicho, wykręcając sobie palce u rąk. - Ale od kiedy pojawił się Kastiel, znów zaczynam coś do niego czuć. Ciągnie mnie do niego... On ma w sobie jakąś niewyobrażalną siłę, która sprawia, że tracę głowę... Ale... mam Kentina... Nie chcę go ranić...
- Ale kto ci zabrania porozmawiać na spokojnie z Kastielem? - Milie spojrzała się na mnie, delikatnie dotykając mojego ramienia. - Przecież nikt nie każe ci od razu wyznawać mu miłość i pchać się do łóżka.
- Wiem, ale...
- Nie ma żadnego "ale". Wracamy do baru, zobaczyć, czy jeszcze tam jest - złapała mnie pod ramię i zaczęła prowadzić w drogę powrotną. - Jeśli jest, to sobie porozmawiacie, a jeśli nie, no to poczekasz aż nadarzy się ku temu okazja.
- CO?! - zatrzymałam się, jak wrośnięta w ziemię, szarpiąc ramię z jej silnego uścisku.
- To co słyszałaś. Raz, raz. Nie mamy czasu na twoje humorki. Trzeba kuć żelazo póki gorące, bo znów będzie za późno i będziesz żałować.
Nie odzywając się już więcej, wróciłyśmy do baru, w którym spotkałyśmy Kastiela. Mimo później godziny, ludzi w knajpie było więcej niż wtedy, gdy go opuszczałyśmy. Już przy drzwiach zaczęłam nerwowo szarpać brzegi rękawów kurtki, a kiedy znalazłyśmy się w środku, zmieniłam się w istny kłębek nerwów. Cały czas rozglądałam się płochliwie, mając cichą nadzieję, że uda mi się dzisiaj uniknąć konfrontacji z Kastielem. Gryząc niepohamowanie wargę, rozglądałam się dookoła, starając się dopatrzeć czarną czuprynę poszukiwanego osobnika.
- Jest. - Na to jedno krótkie słowo moje serce stanęło ze zdenerwowania. Jęknęłam w duchu boleśnie, bojąc się przeraźliwie tego, co miało za chwilę nastąpić.
Milie przepchnęła się miedzy ludźmi w stronę baru, ciągnąć mnie za nadgarstek za sobą. Gdy znalazłyśmy się kilka metrów od Kastiela, ta popchnęła mnie w jego stronę, tak silnie, że o mało co nie wpadłam na jego plecy. Co w sumie mogłoby być całkiem dobrym rozwiązaniem. Przynajmniej lepszym, niż to, że miałam do niego normalnie podejść. Po raz ostatni zerknęłam w stronę koleżanki, na co ta wykonała gest ręką symbolizujący, iż będzie mnie miała na oku. Westchnęłam ciężko i pokonawszy te kilka kroków dzielących mnie od baru, usiadłam obok bruneta. Czułam jak serce nieznośnie tłucze mi się w klatce piersiowej. Miałam wrażenie, że odgłos każdego uderzenia rozbrzmiewa po całej sali i wszyscy mogą to usłyszeć. Odkaszlnęłam cicho, chcąc pozbyć się nieznośnej guli z gardła i żeby zapanować nad rozszalałymi nerwami.
- Emm.... Cześć... - powiedziałam cicho, bojąc się spojrzeć na chłopaka obok. Wpatrując się w swoje dłonie, kątem oka widziałam, jak powoli odwraca się w moją stronę i wciąga głęboko powietrze, zdziwiony moim widokiem.
- Cześć...
Była to wysoka szatynka o dużych, orzechowych oczach i pełnych, czerwonych ustach. Na nosie zawsze miała duże okulary w czarnych oprawach. Mimo swojego wysokiego wzrostu zawsze nosiła buty na kilkucentymetrowej szpilce, które idealnie pasowały jej do całego stroju. Codziennie, gdy widziałam ją perfekcyjnie ubraną i uczesaną, przypominała mi się Rozalia i wręcz nie mogłam się powstrzymać od małego uśmieszku.
W piątkowy wieczór, zaraz po pracy udałyśmy się do małego baru w centrum miasta. Było to przytulne miejsce, w którym można było zjeść coś dobrego i wypić piwo. Usiadłyśmy przy kontuarze, a Milie zamówiła nam po drinku i dużą pizzę na pół.
Usiadłam przodem do szatynki, opierając się lewym łokciem o bar, zakładając nogę na nogę. Oparłam podbródek na zwiniętej w pięść lewej dłoni, spoglądając na towarzyszkę.
- Tak więc, Liwia... - zaczęła powoli, uśmiechając się lekko znad szklanki sączonego piwa. - Opowiedz mi coś o sobie.
- A co ja mogłabym ci o sobie opowiedzieć? - zapytałam, śmiejąc się cicho. Nienawidziłam podobnych pytań. Bo niby co mogłabym powiedzieć ledwo poznanej osobie?
- Cokolwiek. Chciałabym cię bliżej poznać - wzruszyła ramionami, sięgając po gorący kawałek pizzy, oblany ketchupem.
- Wiesz, gdzie mieszkam... Gdzie pracuję... - zaczęłam wymieniać na palcach. - Jestem w kilkuletnim związku z chłopakiem, który podkochiwał się we mnie od dzieciństwa...
- Boże! Ale ty jesteś przewidywalna! - żachnęła się, machając ręką, by mnie uciszyć. - Miłość z dzieciństwa? Jakie to przereklamowane. Nic ciekawego nie zdarzyło się w twoim życiu? Żadnego zwrotu akcji?
Parsknęłam aż śmiechem, słysząc słowa Milie. Zwrotów akcji w moim życiu było aż za dużo.
- Hmm... - mruknęłam zastanawiając się, co mogłabym jej powiedzieć, tak by nie wyjawiać za dużo. - W wieku osiemnastu lat poznałam swojego biologicznego ojca. Wpadł do domu mojej ciotki i próbował mi wmówić, że jest tylko jej znajomym, a nie jej bratem. - Niedowierzające spojrzenie dziewczyny wystarczyło, bym mogła być pewna, że ta rewelacja jest jak najbardziej nieprzewidywalna. Pokiwałam głową na potwierdzenie swoich słów. - Dzień później przedstawił mi mojego przyrodniego starszego brata,a ten okazał się najbardziej sarkastycznym i ironicznym facetem jakiego znałam... - zamilkłam na chwilę, cicho wzdychając, przypomniawszy sobie o kimś innym, kto również był niemożliwie sarkastyczny i ironiczny.
- Noo... Teraz to mnie zszokowałaś - pokiwała głową w uznaniu. - Ciekawe co tam jeszcze skrywasz - zaśmiała się, delikatnie dotykając palcem mojego czoła.
- Ojj... Nie chciałabyś wiedzieć - odsunęłam się lekko, wyciągając dłonie przed siebie w marnej imitacji obrony.
Obok nas usiadł jakiś mężczyzna, zamówił piwo i garbiąc się nad swoim trunkiem, zaczął je sączyć w milczeniu. Zignorowałam go, mimo że siedział tuż obok mnie. Niemniej jednak kręciło się tutaj sporo ludzi, więc zwracanie uwagi na każdego z nich było bezsensowne.
- O mój boże... - westchnęła ciemnooka, wpatrując się w osobnika za mną. - Co to za facet... - Parsknęłam śmiechem na jej reakcję, ale z ciekawości zerknęłam za ramię.
Nagle poczułam jak wszystko we mnie zamiera w przerażeniu. Odwróciłam się z powrotem w stronę koleżanki, modląc się w duchu, by to, co zobaczyłam, okazało się tylko przywidzeniem. Jednak, gdy usłyszałam jego głos już byłam na sto procent pewna, że to on.
- Milie... Możemy stąd wyjść? - zapytałam cicho, pochylając się w stronę dziewczyny. Nie chciałam, żeby mnie tu zobaczył.
- O co chodzi? - Od razu podłapała, że sprawa jest dość poważna.
- Proszę... Nie chcę tutaj o tym rozmawiać - sapnęłam, patrząc jej w oczy niemal błagalnie. Jeszcze tego brakowałoby tu, żeby on mnie rozpoznał.
Dziewczyna westchnęła ciężko, ale poprosiła o rachunek, byśmy mogły za niego zapłacić i wyjść. Niecałe dziesięć minut później spacerowałyśmy zatłoczonymi ulicami. Czułam na sobie uważny wzrok szatynki, ale jakoś nie paliło mi się do wyjaśniania całej sytuacji związanej z Kastielem. Otoczyłam się ramionami, czując jak chłód wieczoru przedostaje się przez skórzaną kurtkę, powodując gęsią skórkę i ciarki na plecach. Zatopiłam się w swoich myślach, raz po raz kalkulując wszystko to, co dotyczy Kastiela. Nie mogłam zrozumieć tego, po co przyjechał tutaj. Za mną? Przecież dosadnie mu przekazałam, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Z drugiej jednak strony sama nie byłam pewna swoich uczuć. W moim wnętrzu stale rozgrywała się zacięta walka pomiędzy tym, co uparcie powtarzał umysł, a tym, co zaczynało czuć serce. Dodatkowo do tego dochodziły wątpliwości i kolejny spór między tym, co czułam do Kena, a uczuciami związanymi z osobą gitarzysty. W głowie robił mi się coraz większy mętlik. Nie wiedziałam już co mam myśleć. Raz po raz rozbrzmiewały mi w myślach słowa Matta, kiedy wybraliśmy się razem na spacer po plaży. Czy Kentin byłby zdolny do tego, żeby mnie zranić? Jeśli tak, to wcale nie był lepszy od Kastiela... A to oznaczało, że oboje są tacy sami...
Wybaczyć Kasowi?
Mimo tego, że minęło już tyle czasu, ja wciąż miałam do niego uraz. Wciąż nie mogłam mu wybaczyć tego, że uciekł jak tchórz, nawet nie porozmawiawszy ze mną. Aczkolwiek chowanie urazy do tego czasu wydawało mi się infantylne i niepotrzebne. Byliśmy dorosłymi ludźmi, więc powinniśmy zachowywać się jak dorośli.
- Więc, dowiem się w końcu o co chodzi? - Moje przemyślenia przerwała Milie, zaczepiając mnie cicho. Westchnęłam ciężko, zagryzając lekko wargę w niepewności. - Dałam ci już dość dużo czasu do namysłu.
- To dość długa historia... - zaczęłam, próbując się przełamać. - Ten chłopak to moja pierwsza, prawdziwa miłość z liceum...
Kiedy padły pierwsze słowa dotyczące Kastiela, jakaś bariera pękła we mnie i zaczęłam opowiadać dziewczynie wszystko po kolei. Potrzebowałam wygadać się komuś, kto nie oceniałby mnie przez pryzmat tego, że znał nas oboje, czy też ze względu na to, że jest moim przyjacielem. Milie była kompletnie niewtajemniczona w tę sprawę, więc automatycznie stawała się osobą bezstronną. Była w stanie spojrzeć trzeźwo na sytuację i ocenić ją, jak ktoś zupełnie obiektywny.
- I tyle? - zapytała po jakichś czterdziestu minutach mojego monologu. Spojrzałam się na nią zdezorientowana, nie spodziewając się takiej reakcji. - Chcesz mi powiedzieć, że mając do dyspozycji takie ciacho, takiego faceta, wybrałaś swojego kumpla z dzieciństwa?
- Ja... Ja kocham Kena i to nie jest byle jaki ktoś. Troszczy się o mnie... - mruknęłam cicho, patrząc na swoje ulubione, znoszone szpilki.
- No dobra - powiedziała rzeczowo, podciągając rękawy granatowej sukienki. Spojrzała mi w oczy, zastanawiając się nad czymś. - Pozwól, że zacznę od początku. I od razu uprzedzam, mogę być trochę obcesowa - uniosła brwi, w oczekiwaniu na moją odpowiedź, a mi pozostało jedynie kiwnąć głową na znak, że rozumiem. - Kiedy zmarła ci matka przeprowadziłaś się do nowego miasta, poznałaś tam niewyobrażalne ciacho, zaczęliście się do siebie zbliżać, a tu nagle wpadł twój kumpel z dzieciństwa i zaczął ni z tego, ni z owego się na ciebie wydzierać, tak? - Potwierdziłam cichym mruknięciem. - Okej. Miałaś kilkanaście idealnych okazji, żeby zacząć coś na poważnie z Kasem, prawie się bzyknęliście na urodzinach, ale nic z tego nie wyszło, bo przybyła jego była laska, chcąc go wykorzystać, tak? - Kiwnęłam głową. - Uratowałaś mu dupsko przed kolejnym złamaniem serca, przespałaś się ze swoim kumplem z dzieciństwa i zorganizowałaś koncert, tak? - Z moich ust wyrwało się zmęczone westchnienie, ale potwierdziłam jej słowa. - Zaśpiewał ci piosenkę, gdzie wyznał ci swoje uczucia, a potem bezczelnie spierdolił, bo się "wystraszył"? - przy ostatnim słowie zakreśliła w powietrzu cudzysłów palcami. Kolejny raz kiwnęłam głową, zastanawiając się do czego ona dąży. - Po trzech latach, wraca, prawie jak książę na białym koniu i stara się zdobyć twoje względy, a ty go po prostu odrzucasz, bo masz swojego kumpla z dzieciństwa, który co zrobił, gdy zobaczył cię pierwszy raz po twojej wyprowadzce? Zaczął na ciebie drzeć ryja. Dziewczyno! Co z tobą jest nie tak!?
Spojrzałam na nią zdziwiona jej nagłym wybuchem, kompletnie nie rozumiejąc jej toku rozumowania.
- Ale o co ci chodzi? - zapytałam niepewnie.
- Nosz cholera jasna! Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! - uniosła ręce ku górze, wydając z siebie coś na kształt zrezygnowanego warknięcia. - Laska! Twoja licealna miłość, chłopak wyglądający jak rockowy bóg, wraca po tylu latach i wyznaje ci miłość! Tak ciężko zrozumieć? On cię pragnie idiotko, a ty go tak okrutnie zlewasz!
- Zranił mnie...
- Och, przestań! Chcesz chować urazy z młodości? Kenuś też cię zranił na początku, wyżywając się na tobie bez powodu, ale jemu to dałaś. A Kastiel prawie na kolanach do ciebie wraca i prosi cię tylko o rozmowę, a ty nic. No, wiesz ty co? - popatrzyła na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu. - Aż mam ochotę cię jebnąć w ten blond czerep.
- To co mam zrobić? - zapytałam zrezygnowana, nie wiedząc co począć.
- Kobieto, jeśli ty będziesz całe życie podążać za tym, co mówią ci inni to nigdy nie osiągniesz swojego prawdziwego szczęścia. Powinnaś słuchać swojego głosu serca. To ono jest twoim kompasem szczęścia, a nie to co gadają inni.
- Ale ja nie wiem co robić! - wybuchnęłam nagle, mając dość jej pretensjonalnego tonu. Czułam się jak pięcioletnie dziecko, któremu tłumaczy się, że nie wolno czegoś robić. - Już nie wiem! Kocham Kena. Był mi największym oparciem, kiedy wpadłam w depresję po wyjeździe Kastiela. Przy nim czuję się bezpieczna i kochana... - westchnęłam cicho, wykręcając sobie palce u rąk. - Ale od kiedy pojawił się Kastiel, znów zaczynam coś do niego czuć. Ciągnie mnie do niego... On ma w sobie jakąś niewyobrażalną siłę, która sprawia, że tracę głowę... Ale... mam Kentina... Nie chcę go ranić...
- Ale kto ci zabrania porozmawiać na spokojnie z Kastielem? - Milie spojrzała się na mnie, delikatnie dotykając mojego ramienia. - Przecież nikt nie każe ci od razu wyznawać mu miłość i pchać się do łóżka.
- Wiem, ale...
- Nie ma żadnego "ale". Wracamy do baru, zobaczyć, czy jeszcze tam jest - złapała mnie pod ramię i zaczęła prowadzić w drogę powrotną. - Jeśli jest, to sobie porozmawiacie, a jeśli nie, no to poczekasz aż nadarzy się ku temu okazja.
- CO?! - zatrzymałam się, jak wrośnięta w ziemię, szarpiąc ramię z jej silnego uścisku.
- To co słyszałaś. Raz, raz. Nie mamy czasu na twoje humorki. Trzeba kuć żelazo póki gorące, bo znów będzie za późno i będziesz żałować.
Nie odzywając się już więcej, wróciłyśmy do baru, w którym spotkałyśmy Kastiela. Mimo później godziny, ludzi w knajpie było więcej niż wtedy, gdy go opuszczałyśmy. Już przy drzwiach zaczęłam nerwowo szarpać brzegi rękawów kurtki, a kiedy znalazłyśmy się w środku, zmieniłam się w istny kłębek nerwów. Cały czas rozglądałam się płochliwie, mając cichą nadzieję, że uda mi się dzisiaj uniknąć konfrontacji z Kastielem. Gryząc niepohamowanie wargę, rozglądałam się dookoła, starając się dopatrzeć czarną czuprynę poszukiwanego osobnika.
- Jest. - Na to jedno krótkie słowo moje serce stanęło ze zdenerwowania. Jęknęłam w duchu boleśnie, bojąc się przeraźliwie tego, co miało za chwilę nastąpić.
Milie przepchnęła się miedzy ludźmi w stronę baru, ciągnąć mnie za nadgarstek za sobą. Gdy znalazłyśmy się kilka metrów od Kastiela, ta popchnęła mnie w jego stronę, tak silnie, że o mało co nie wpadłam na jego plecy. Co w sumie mogłoby być całkiem dobrym rozwiązaniem. Przynajmniej lepszym, niż to, że miałam do niego normalnie podejść. Po raz ostatni zerknęłam w stronę koleżanki, na co ta wykonała gest ręką symbolizujący, iż będzie mnie miała na oku. Westchnęłam ciężko i pokonawszy te kilka kroków dzielących mnie od baru, usiadłam obok bruneta. Czułam jak serce nieznośnie tłucze mi się w klatce piersiowej. Miałam wrażenie, że odgłos każdego uderzenia rozbrzmiewa po całej sali i wszyscy mogą to usłyszeć. Odkaszlnęłam cicho, chcąc pozbyć się nieznośnej guli z gardła i żeby zapanować nad rozszalałymi nerwami.
- Emm.... Cześć... - powiedziałam cicho, bojąc się spojrzeć na chłopaka obok. Wpatrując się w swoje dłonie, kątem oka widziałam, jak powoli odwraca się w moją stronę i wciąga głęboko powietrze, zdziwiony moim widokiem.
- Cześć...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
