niedziela, 15 marca 2026

Nowa historia dostępna na wattpadzie

 Cześć kochani!

Nie wiem czy ktoś tu jeszcze zagląda, ale przyszłam was powiadomić o moim nowym projekcie, który możecie aktualnie czytać na wattpadzie pod tym linkiem: Synestezja | Kolory, które brzmią. Jest to moje małe wyzwanie, w którym próbuję napisać własną książkę. Byłoby mi bardzo miło, gdybyście zajrzeli tam i zostawili coś po sobie ♥ 

A tutaj macie okładkę i krótki opis książki. Może on was bardziej zachęci niż suchy link. 



Livia była pewna, że zna swoje życie. Była pewna, że zna swoją matkę. Była pewna, że zna siebie. A potem wszystko się rozpadło. 

Po nagłej śmierci matki dziewczyna zostaje zmuszona do zmierzenia się z żałobą, samotnością i przeszłością, której nigdy nie miała poznać. Terapia nie pomaga, sny dręczą, a rzeczywistość wydaje się coraz bardziej odległa - aż do dnia, gdy odkrywa pamiętniki matki, które na zawsze zmienią jej spojrzenie na własne życie.  

Nowe miasto, nowi ludzie, nowe emocje - Livia nie ma wyboru, musi odnaleźć się w świecie, który nie daje jej wytchnienia. Wśród świeżo zawartych przyjaźni, nieoczekiwanych rodzinnych tajemnic i skomplikowanych relacji zaczyna zbliżać się do Dana - chłopaka, który, jak się okazuje, ma własne demony przeszłości.  

Kiedy na jaw wychodzą plotki, oskarżenia i decyzje, które nie dają o sobie zapomnieć, Livia musi zdecydować, czy przeszłość ma definiować jej przyszłość. Czy miłość jest silniejsza niż błędy popełnione lata temu? Czy prawda zawsze prowadzi do wolności?


Dziękuję serdecznie za uwagę! 
Wasza Fallen Angel ♥

poniedziałek, 15 czerwca 2020

♥ PODZIĘKOWANIA ♥

Podziękowania
Nadszedł w końcu ten moment, gdzie po ponad pięciu latach tworzenia tej historii muszę usiąść i napisać podziękowania. Muszę szczerze przyznać, że nie do końca wiem co chciałabym napisać, mimo że kiedyś kilka razy przychodziła mi myśl, żeby zacząć pisać. Za każdym razem powstrzymywałam się, czując że to nie czas. A dziś kiedy mam to zrobić mam kompletną pustkę w głowie i jednocześnie totalny mętlik. Jest tyle rzeczy, które chciałabym powiedzieć, za które chciałabym podziękować…
Te pięć lat pisania „Kawałka nieba” były dla mnie niezwykłą przygodą. Przygodą i wyzwaniem, dzięki któremu poznałam wiele wspaniałych osób, a z niektórymi zdążyłam się zaprzyjaźnić. W życiu się nie spodziewałam, że jednak dotrwam do końca tego opowiadania i dalej do mnie nie dociera, że to już koniec. To naprawdę bezlik godzin poświęconej ciężkiej pracy, wiele nieprzespanych nocy spędzonych na pisaniu i myśleniu o kolejnych rozdziałach. Niepohamowana radość z każdego komentarza, pozytywnej opinii czy błyskotliwej uwagi wytykającej mi błędy, których uczyłam się unikać. Wszystko to zebrało się w jedną całość jaką jest zakończone opowiadanie „Kawałek nieba zamknięty w piekle”.
Jest ogrom osób, które przyczyniły się do powstawania tej historii, wiele z nich już nie widać w blogosferze, ale nie chciałabym, żeby właśnie przez to zostały pominięte. Pozwólcie, że przy kolejności podziękowań będę kierować się najwcześniejszymi komentarzami, które naprawdę zapadły mi w pamięć i serce.
Na początek chciałabym ogromnie podziękować Heroinie. Co prawda byłaś tylko w kilku pierwszych rozdziałach, jednak twoje cenne uwagi dotyczące czy to samej budowy i wyglądu rozdziału, czy też skupiające się na uczuciach i przeżyciach bohaterów, sprawiły, że naprawdę zawzięłam się w sobie i to poprawiłam. Dzięki tobie Liwia zaczęła mieć uczucia, a moje rozdziały nie kończyły się na trzech stronach. Naprawdę dziękuję ci za to, bo zapewne bez twoich uwag te opowiadanie wylądowałoby w koszu po kilku dniach.
Kolejną osobą, która miała naprawdę ogromny wpływ na moją pisaninę jest Tekashika, znana również przeze mnie i niektórych bardziej wtajemniczonych jako Daria. Do dziś pamiętam, że jako jedna z niewielu osób miałaś odwagę napisać do mnie na mejla. Twoja odwaga zaowocowała wspaniałą przyjaźnią (mam nadzieję, że też o mnie tak myślisz). Co prawda nie mam już tych wiadomości, ale screeny z naszych rozmów na gadu dalej gdzieś są tam zakopane. Byłaś (przy tym opowiadaniu) i jesteś (przy tych kolejnych co tworzę) naprawdę ogromną weną. Powinnam Cię całować po stopach za to, jak umiejętnie potrafiłaś mnie popchać do pracy. Twoje niesamowite parodie, zaskakująco świeże pomysły czy nieoczekiwane rozwiązania (czyt. gwałty i napastowania XD) sprawiały, że siadałam przed komputerem z nową energią i zapałem. Byłaś mi też cudowną i cierpliwą betą, mimo że umiałaś niewiele ode mnie. Mam ogromną nadzieję, że kiedyś uda nam się spotkać i będę mogła Ci osobiście podziękować.
Następną osobą, która bardzo mnie wspierała i wspiera w mojej wesołej twórczości jest Carbenet, czy też znana przeze mnie, bliska mi przyjaciółka Aneta. Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że miałam odwagę powiedzieć Ci, że piszę. I dziękuję Ci ogromnie za czytanie tych bazgrołów. Twoje komentarze pod postami, czy uwagi szeptane szybko na lekcjach w liceum były i są do dziś niezwykle cenne. Co prawda nigdy nie chciałaś bym ci zdradzała co będzie w następnych rozdziałach i krzyczałaś na mnie, że Ci spojleruję, ale i tak cierpliwie słuchałaś mojego narzekania na brak pomysłów, czy marudzenia o kolejny komentarz. (Taaak… potrafiłam żebrać o komentarze nawet u przyjaciółki). To na podstawie Ciebie powstała Millie, bo to Ty zawsze byłaś takim moim głosem rozsądku. Zawsze przy mnie byłaś i popychałaś mnie do pisania na telefonie, byle by tylko powstał rozdział. Dziękuję Ci za cierpliwe słuchanie, czytanie i wspieranie mnie w niekiedy niezwykle trudnych chwilach.
Chylę czoła Magdzie, którą poznałam dopiero pod koniec pisania opowiadania, aczkolwiek jeśli wziąć pod uwagę przedział czasowy, to będzie dobre półtorej roku, jak nie dwa lata odkąd łaskawie odpowiedziałaś na moją, cóż… niezbyt błyskotliwą wiadomość na messengerze. Jak myślę o tych milionach, bo już w takich liczbach można to mierzyć, memów i wiadomości, które przez ten stosunkowo krótki czas wymieniłyśmy, to micha mi się sama cieszy. Ty również byłaś mi ogromną inspiracją i motywatorem do pisania. Gdyby nie Twoje marudzenie i przypominanie mi o pisaniu, to nie wiem czy dzisiaj bym to skończyła. Dziękuję Ci również za cierpliwe przeczekiwanie każdego doła czy to pisarskiego czy emocjonalnego. Dziękuję za pocieszanie mnie w momencie, kiedy dostałam ostrą krytykę na temat mojego pisania, które otworzyło mi oczy i popchnęło do chęci poprawienia się. Jesteś mi ogromnym wsparciem.
Dziękuję także wszystkim czytelnikom, tym mniej i tym bardziej aktywnym, którzy napędzali mnie każdym komentarzem do pisania. Wiele z nich posłużyło mi za niemałą inspirację, gdzie bezwstydnie wykorzystywałam teorie i pomysły do kolejnych rozdziałów. Dziękuję Yumiko Naoki za Twoje długaśne i radosne komentarze. Dziękuję Let’s Die za wierne czytanie i komentowanie niemal każdego rozdziału. Dziękuję Wathewie za spamy pod rozdziałami. Czasami żałuję, że nie miałyśmy wtedy okazji poznać się bliżej. Coś czuję, że z tego również wyszłaby całkiem dobra znajomość. Dziękuję Jam, która niestety również okazywała swą obecność na blogu tylko w kilku pierwszych postach, ale Twoje teorie spiskowe poprawiały mi humor na cały dzień. Farazowski jako psychopata dalej gdzieś mi się błąka w myślach. Celne, wyczerpujące jak i długie komentarze zawdzięczam również Panience Kernit. Uwielbiam czytać nawet Twoje odpowiedzi do moich komentarzy na Twoim opowiadaniu. Chciałabym także podziękować Ani, która, jako nowa czytelniczka, popychała mnie swoim zaangażowaniem w czytanie do pisania następnej i następnej części.
Mogłabym wymieniać i wymieniać osoby bez końca, bo każdy komentarz był dla mnie niesamowitym natchnieniem i motywacją. Tak naprawdę gdyby nie czytelnicy i ich komentarze, to ta historia nigdy by się nie zakończyła, a jedynie wylądowałaby w szufladzie. Cieszę się, że mogłam umilić Wam czas swoim pisaniem. To, że ktoś czyta coś stworzonego przeze mnie i dodatkowo to się komuś podoba naprawdę mnie uszczęśliwia i dodaje skrzydeł.
Jeszcze raz, na sam koniec, dziękuję wszystkim za bycie i wspieranie mnie tym byciem.
Jesteście wielcy ♥

niedziela, 14 czerwca 2020

~ Rozdział 100 ~ EPILOG ~

   Po zakończonym koncercie, jeszcze cali rozemocjonowani mogliśmy wrócić do domu. Przez całą drogę zerkałam bez przerwy to na Kastiela, to na swoją rękę, cały czas nie mogąc uwierzyć w to co się wydarzyło zaledwie kilka godzin wcześniej. Mimowolnie uśmiechnęłam się do siebie pod nosem, bawiąc się przyjemnie ciężkim sygnetem. To zdecydowanie był mój najszczęśliwszy dzień w całym moim, raptem dwudziestokilkuletnim życiu. Nigdy nie przypuszczałabym, że ten wieczór zakończy się tak wspaniale.
   - Nad czym tak myślisz, kochanie? - zapytał mój narzeczony, dotykając ciepłą dłonią mojego kolana.
   - Tak po prostu się cieszę - odparłam i ścisnęłam czule jego dłoń.
   - A z jakiego to powodu się tak cieszysz?
   Spojrzałam w jego stronę, a na ustach igrał mu szelmowski uśmieszek. Doskonale musiał zdawać sobie sprawę z powodu mojej radości. Nie bez powodu sam szczerzył się na prawo i lewo.
   - Z takiego, że dzisiaj stało się coś bardzo miłego - uśmiechnęłam się identycznie jak on, czerpiąc niemałą satysfakcję z droczenia się z nim.
   - Co takiego, jeśli można wiedzieć?
   - Można wiedzieć... A bo dzisiaj pewien przystojniak powiedział mi bardzo miłą rzecz...
   - Przystojniak, powiadasz? Jak wyglądał?
   - Hmm... Niech pomyślę... - Przyłożyłam palce do brody i wpatrzyłam się w dal, udając głębokie zastanowienie. - Na pewno był wysoki... Miał czarujący uśmiech...
   Odwróciłam wzrok w jego stronę i wybuchnęłam śmiechem, nie mogąc już dłużej wytrzymać tej gierki. Kastiel również szczerze się cieszył, a w jego oczach błyskały się kuszące iskierki. Patrząc na niego czułam jak w brzuchu rozlewa mi się przyjemne ciepłe łaskotanie. Jak ja go kochałam...

* * *

   - Liwia, uspokój się, bo przypalę cię tą lokówką!
   - Przepraszam... - mruknęłam skruszona, po raz kolejny poprawiając się na stołku.
   Przygryzłam dolną wargę i zaciskałam co chwilę dłonie, by chociaż na chwilę przestały drżeć. Od rana chodziłam cała roztrzęsiona nie mogąc znaleźć sobie miejsca i mimo wypitych trzech kubków melisy, niepokój nie ustępował.
   - Czym ty się stresujesz? Wszystko będzie idealnie. - Rozalia odłożyła na stolik rozgrzaną lokówkę i zacisnęła dłonie na moich ramionach. Spojrzałam jej w oczy w odbiciu lustra i uśmiechnęłam się delikatnie.
   Wiedziałam, że ma racje. Czułam to, jednak nerwowy ścisk w żołądku nie odpuszczał.
   - I przestań tak maltretować te usta, bo jeszcze sobie krzywdę zrobisz. Zostajesz przy rozpuszczonych włosach, czy kombinujemy jakieś romantyczne upięcie? Masz już takie długie włosy...
   Pokiwałam głową, ale kompletnie nie docierały do mnie słowa przyjaciółki. Boże, a co jeśli się kompletnie zbłaźnię? Palnę jakąś głupotę, potknę się o suknię? Albo co najgorsze z nerwów zwymiotuje na Kastiela? Niby okres torsji mi już minął, ale i tak ledwo panowałam nad żołądkiem.
Ja nie dam rady... To dla mnie za dużo!
   Z gonitwy myśli wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Zwróciłam się w ich stronę, zastanawiając się, kto był za nimi.
   - Proszę - odezwała się za mnie Rozalia, przeczesując mi włosy palcami.
   - Przepraszam, że przeszkadzam dziewczyny, ale Daryl i Chloe się już niecierpliwią... - Uwieszona na klamce Millie uśmiechnęła się do nas przepraszająco.
   - Nic się nie stało. Ja pójdę je uspokoić, a ty zajmij się Panną Młodą. Może tobie odpowie co zrobić z jej włosami - parsknęła śmiechem i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi z cichym kliknięciem.
   - Czym ty się stresujesz?
   - Nie wiem... Że się zbłaźnię albo coś gorszego zrobię... - Schowałam twarz w dłoniach.
   - E tam. Kastiel cię zna jak mało kto, tak samo i my. Czym ty byś mogła nas zaskoczyć? Chyba właśnie tym, że wszystko przebiegnie perfekcyjnie.
    Jęknęłam cierpiętniczo i oparłam głowę o toaletkę.
   - Nie pomagasz, Millie.
   - To chcesz spinać włosy, czy nie?
   - Zrób tak, żeby było dobrze.

   Weź głęboki oddech i się uspokój... Z kołatającym sercem stałam u wejścia kościoła, modląc się o to, by się nie rozpłakać. Wszystko będzie dobrze... Zacisnęłam zęby, hamując napływające łzy. Weź kolejny wdech...
   - Wyglądasz przecudownie, kochanie...
   Otworzyłam oczy i spojrzałam się na ciocię. Patrzyła na mnie z czułym uśmiechem, który odwzajemniłam. Po raz kolejny miałam ochotę się rozpłakać.
   - Nie płacz, dziecko, bo rozmażesz sobie makijaż. - U mego boku stanął ojciec i delikatnie dotknął moich pleców.
   Pokiwałam głową, zamrugałam kilkanaście razy patrząc w niebo i rozgoniłam nieproszone łzy. Złapałam go pod rękę i, kiedy zabrzmiały pierwsze akordy marszu Mendelsona, powoli wkroczyliśmy do kościoła.
   Przy ołtarzu stał on. Przystojny. Uśmiechnięty. W jego oczach również błyszczały łzy szczęścia.
   Ojciec przekazał moją rękę Kastielowi i sam usiadł gdzieś w ławce, a mój Pan Młody zaprowadził mnie do krzesła.
   - Witajcie. - Przed nami stanął ksiądz, uśmiechnął się i rozejrzał po kościele. - Zebraliśmy się tutaj w najważniejszym dniu tej dwójki. W dniu, kiedy postanowili związać się nierozerwalnym węzłem małżeńskim. Proszę, podejdźcie tutaj.
   Jak w transie wstałam i podeszłam pod ołtarz. Spojrzałam na Kastiela i uśmiechnęłam się szeroko. To już. Jeszcze chwila i będziemy ze sobą na zawsze. Tyle czasu na to czekałam...
   - Powtarzajcie za mną. Ja, Kastiel...
   - Ja, Kastiel, biorę sobie ciebie...
   -...Kastielu za męża i ślubuję ci...
   -...miłość, wierność...
   -...i uczciwość małżeńską...
   -...oraz że cię nie opuszczę...
   -...aż do śmierci... 
   - Od teraz jesteście mężem i żoną. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Możesz pocałować żonę.

* * *

   Obracałam właśnie przypiekające się warzywa na patelni, kiedy poczułam ból w dole brzucha.
   - Ach! - krzyknęłam, upuszczając na podłogę szpatułkę i złapałam się za brzuch.
   Zacisnęłam zęby, uginając lekko kolana. Chwilę później ból ustał, zostawiając za sobą tępą pustkę. Czując drżące dłonie, z trudem schyliłam się po łopatkę, podpierając się drugą ręką za plecy, wyłączyłam gaz pod patelnią i powolnymi krokami udałam się w stronę biura Kastiela.
   Głaszcząc się delikatnie po mocno zaokrąglonym brzuchu, zapukałam do drzwi.
   - Kas... - stęknęłam, masując bolący krzyż. - Kastiel... Ach! - jęknęłam czując kolejną falę bólu w krzyżu.
   Siedzący przy biurku Kastiel zerwał się z krzesła i podbiegł do mnie. Złapał mnie za łokieć i pomógł mi usiąść na kanapie stojącej w kącie pomieszczenia.
   - Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? - zaczął dopytywać, przyglądając mi się z niepokojem. Złapał mnie za wolną dłoń i spokojnymi ruchami zaczął masować mi kłykcie.
   - Chyba tak... Po prostu znów zakuło mnie w brzuchu - odetchnęłam ciężko, odchylając się na oparcie kanapy. Przymknęłam oczy, głęboko oddychając i masując się po brzuchu.
   - Zadzwonić do twojej ginekolog? - Ton jego głosu i zmartwione spojrzenie sprawiło, że mimowolnie uśmiechnęłam się uspokajająco.
   - Nie trzeba. To pewnie nic takiego.
   Z głębi korytarza dobiegło nas szczekanie i moment później drzwi uchylił pyskiem Demon. Powolnym krokiem podszedł do mnie, obwąchał mój brzuch i machając radośnie ogonem wskoczył na kanapę obok mnie.
   - Demon już czuje, że zbliża się kolejny członek rodziny - Kastiel uśmiechnął się szeroko, czochrając zwierzaka po uszach.
   W tamtym momencie mój brzuch przeszyła kolejna fala bólu, przez co stęknęłam cicho, zaciskając powieki.
   - Coś mi się wydaje, że to już - mruknęłam cicho, uśmiechając się niemrawo do Kastiela.
   Chłopak uśmiechnął się do mnie i bez zastanowienia zaprowadził mnie do samochodu, żeby pojechać do szpitala. Ledwo otworzył drzwi od strony pasażera, a do samochodu wgramolił się Demon. Parsknęłam śmiechem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
   - Przykro mi, piechu, ale ty nie możesz z nami jechać - odparłam, drapiąc psiaka za uszami. Demon stęknął smutno, ale posłusznie wyskoczył z auta.
   W drodze do szpitala zdążyłam zadzwonić do swojej ginekolog i napisać SMSa do przyjaciół, że Elian ma zamiar przyjść na świat właśnie dziś.

* * *

   - Aaaa! Pomocy! Kastiel, ratuj!
   Zaniepokojony krzykami dobiegającymi z salonu odgłosami, wyszedłem z gabinetu. Ostrożnie uchyliłem drzwi do pokoju i ujrzałem porozrzucane kredki, pisaki i kartki na całej podłodze, na której siedziała, a właściwie leżała Liwia, a obok niej z otwartym czarnym mazakiem Elian. Liwia odwróciła się do mnie, a ja wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem. Na twarzy miała narysowane koślawe wąsy i bródkę.
   - Widzę, że ładnie się bawicie, artyści - zaśmiałem się, przyglądając się małemu chaosowi.
   - Mamusia wygląda jak tatuś! - zawołał zadowolony z siebie chłopiec, podbiegając do mnie. Objął moje uda drobnymi rączkami i popatrzał zielonymi oczkami. Wziąłem na ręce i podszedłem do Liwii, usiadłem obok niej, trzymając Eliana na kolanach.
   - Wyglądamy prawie tak samo - przyznałem mu racje i wziąłem od niego mazak. - Co jeszcze zmalowaliście?
   - Chciałem pomalować Demona, ale ciągle mi uciekał i schował się pod kanapą - odparł zasmucony, wykrzywiając usta w podkówkę.
   - A to niedobry piechu...
   - Powinieneś stać po mojej i Demona stronie, a nie wspierać tego małego diabełka! - zaśmiała się, po czym wyciągnęła ręce w naszą stronę i zaczęła łaskotać Eliana. Chłopiec zaczął się zanosić śmiechem, machając małymi nóżkami i rączkami, żeby uciec od mamy.
   Demon chyba wyczuł, że zagrożenie minęło i wyczołgał się spod kanapy, podbiegł do nas i zaczął wszystkich lizać po twarzach, machając radośnie ogonem.

* * *

   Trzydziesty pierwszy października wyciągał na zewnątrz kusząc łagodnym słońcem i bezchmurnym niebem. Mimo przepięknej pogody było dość chłodno, co jednak nie przeszkadzało Elianowi i dwóm identycznym dziewczynkom biegać po parku i wpadać w góry liści. Trzymając okute w rękawiczki dłonie w kieszeniach, patrzyłam na roześmianą trójkę.
   - Ale ten czas szybko leci... - mruknęła cicho Rozalia.
   - Oj tak... - Uśmiechnęłam się lekko, spoglądając na przyjaciółkę.
   - A mamusie co tak zamulają? - Gwen wpadła między nas, uwieszając się na naszych szyjach.
   - Nie zamulają, tylko rozmyślają - Roza uniosła dumnie brodę, patrząc z góry na Rudzielca.
   - Oho! A to nad czym?
   - Nad przemijalnością czasu i takie tam...
   - Widzę, że poważne tematy się szykują - parsknęła śmiechem i puszczając nasze szyje, złapała nas pod ręce. - Macie jakieś plany na Halloween?
   - A jakie plany mogą mieć mamusie? - zażartowałam, szturchając ją łokciem w żebra.
   - No nie wiem... Dzieci podrzucić dziadkom, facetów zostawić samych i spędzić babski wieczorek... Hmm? Co wy na to? - Popatrzyła to na mnie, to na Rozę, ruszając brwiami,
   - Oj nie kuś, nie kuś... - mruknęła Rozalia, powstrzymując pojawiający się szeroki uśmiech.
   - O osiemnastej, u Millie? Jakieś winko, przebieranki, trochę niezdrowego żarcia...
   - Dobra. Nie musisz mówić nic więcej. Ja jestem kupiona! - Klasnęłam w dłonie i wyszczerzyłam się do przyjaciółek.

* * *
    - Tato! Tato! Ale przywieziesz mi jakąś pamiątkę, tak? Będziesz o tym pamiętał? - Elian dreptał przez chwilę na progu, by zaraz próbować się wdrapać na Kastiela.
   - Ależ oczywiście skarbie, jakbym śmiał zapomnieć o moim małym diabełku? - Kas wziął go na ręce i połaskotał go po brzuchu.
   Patrzyliśmy na siebie w milczeniu jedynie lekko się uśmiechając. Tak cholernie nie chciałam go puszczać samego w trasę. Wszystkie te puste fanki pewnie będą się chciały do niego dobrać... Ugh... Nie myśl o tym Liwia! Kastiel jest twój i tylko twój. A z Lysem będzie w stu procentach bezpieczny.
   - Szkoda, że nie mogę z tobą pojechać... - Elian wygiął usta w podkówkę, przytulając się mocniej do ojca.
   - Zabrałbym cię z chęcią, ale musisz jeszcze podrosnąć. Poza tym ktoś musi pilnować mamy, a przy tobie nic się jej nie stanie.
   - Będę jej bronił z Demonem!
   - To może pójdziesz go poszukać? Pewnie siedzi gdzieś pod kanapą.
   - Już pędzę! - zawołał radośnie i zeskoczył z ramion taty.
   Zanim przebiegł obok mnie, zdążyłam go poczochrać po ciemnych włosach. Westchnęłam przeciągle, odwracając się do Kasa. Podszedł do mnie, złapał za brodę i pocałował delikatnie.
   - Rozchmurz się, mała - mruknął, by po chwili parsknąć śmiechem na moje oburzenie.
   - Ty się nigdy nie oduczysz mnie tak nazywać, co? - Szturchnęłam go w żebra.
   - Zbyt wielką radość sprawa mi patrzenie jak się złościsz.
   - Spadaj - burknęłam i klepnęłam go w ramię.
   Przytulił się do mnie, a ja napawałam się ostatnimi chwilami i jego zapachem. Odsunęłam się na chwilę i dostrzegłam, że przed domem zatrzymuje się bus, z którego wyszedł Kasper i Lys, by pomóc Kastielowi spakować jego rzeczy.
   - Kocham cię... - wyszeptałam i na odchodne pocałowałam Kasa ostatni raz. - Połamania gitar!

czwartek, 26 września 2019

~ Rozdział 99 ~

   Trzydziesty pierwszy grudnia zaczął się zaskakująco spokojnie. Tego dnia obudziłam się o dość późnej godzinie. Jednak miałam na to usprawiedliwienie, ponieważ poprzedniego wieczoru chłopaki do prawie trzeciej nad ranem ćwiczyli. Dopiero kiedy z dziewczynami zainterweniowałyśmy i wyciągnęłyśmy ich z sali, zorientowali się, która jest godzina; aczkolwiek zmusiliśmy ich do położenia się godzinę później.
   Wstałam z łóżka i zarzuciłam na ramiona szlafrok, ponieważ ledwo wydostałam się spod ciepłej kołdry, zaczęłam się trząść z zimna. Wyszłam z sypialni, nie budząc Kastiela i od razu skierowałam się do kuchni, żeby zaparzyć kawy. Kiedy ekspres zaczął cicho burczeć, wypuściłam skomlącego Demona na dwór.
   Mimo, że to miał być pierwszy oficjalny i tak duży występ chłopaków, czułam się wyjątkowo spokojnie. Po prostu wiedziałam, że dadzą sobie radę. Zbyt wiele godzin poświęcili na próby, na szlifowanie swoich umiejętności, żeby coś poszło nie tak.
   - A jak się czuje dziś moje kochanie? - dobiegło mnie pytanie zza pleców. Odwróciłam się i zobaczyłam ziewającego, rozczochranego Kastiela.
   - To samo pytanie mogłabym tobie zadać - zaśmiałam się, widząc jak uśmiech mu maleje.
   - Nie dobijaj leżącego - burknął i nalał sobie gorącej kawy.
   Posłałam mu w powietrzu buziaka i udałam się do łazienki, żeby wziąć prysznic.
   Kiedy, po ponad trzydziestu minutach byłam już wykąpana i ubrana i wyszłam z łazienki, w moim mieszkaniu zebrała się większość znajomych, którzy byli lekko zdenerwowani i podekscytowani zbliżającym się wydarzeniem.
   - Gdzie chłopaki? - zapytałam się Gwen, która właśnie wyszła z piwnicy.
   - Poszli pakować sprzęt do samochodu Kaspra. Za chwilę powinni wrócić.
   Kiwnęłam głową i wyminęłam się z nią w progu. Chłopaki krzątali się po pomieszczeniu pakując do bagażnika vana wszystkie głośniki, perkusję i gitary. Akurat weszłam, kiedy większość rzeczy była już bezpiecznie spakowana.
   - Zabieracie tylko to, czy po coś jeszcze będziecie jechać? - rzuciłam pytanie do mijającego mnie Nataniela.
    - Wszystko już jest na miejscu, tylko sprzętu grającego brakuje. Mama Kaspra załatwiła wszystko co potrzebne, więc nie musieliśmy się tym martwić - mruknął, dźwigając wielką skrzynię z plątaniną kabli.
   Kiedy i skrzynia znalazła się w samochodzie, Nataniel zatrzasnął tylne drzwi i usiadł na miejscu pasażera.
   - Jedziesz z nimi? - zapytałam się Kastiela, który usiadł na zniszczonym fotelu i otarł pot z czoła.
   - Tak, ale ja pojadę swoim autem - powiedział, uśmiechając się lekko do mnie.
   - Kastiel, bo muszę ci coś powiedzieć... - zaczęłam powoli, czując że zaraz serce wyskoczy mi z piersi. Chociaż ledwo zaczęłam zdanie, zaraz się zacięłam i nie wiedziałam jak ubrać w słowa to, co miałam mu powiedzieć.
   Zaraz po świętach odebrałam wyniki ze szpitala i chciałam go o nich poinformować, jednak do tej pory nie mogłam się zebrać na odwagę.
   - Liwiuś, kochanie, tu jesteś. Muszę cię na chwilę porwać, bo jeszcze mi nie powiedziałaś w co masz zamiar się ubrać, a ja dla ciebie mam idealną kreację... - Do piwnicy weszła Rozalia, podeszła do mnie i złapawszy mnie za łokieć, zaczęła prowadzić z powrotem na górę.
   - Coś miałaś mi powiedzieć - powiedział zmartwiony Kas, ale ja jedynie uśmiechnęłam się do niego przepraszająco.
   - Później ci powiem.
   Nie wiedzieć czemu poczułam ulgę, gdy przyjaciółka weszła do piwnicy. Sama nie byłam pewna czy jestem gotowa, żeby powiedzieć Kasowi o wynikach. Dlatego tak łatwo dałam się wyciągnąć Rozalii.
   - Cóż to za kreację dla mnie masz? - zaśmiałam się, gdy zaprowadziła mnie do sypialni.
   - Na pewno ci się spodoba - Poklepała mnie po ramieniu, uśmiechając się do mnie.
   Na łóżku leżała czarna, prosta sukienka. Górę miała gorsetową, wykończoną delikatną koronką, natomiast dół był całkowicie prosty, spod którego wystawał na jakieś trzy centymetry tiul, co powodowało, że sukienka wydawała się jeszcze bardziej lekka i zwiewna. Obok niej leżała skórzana kurtka z puchatym kapturem.
   - Łał... - Spojrzałam się na przyjaciółkę z uznaniem. Zaskoczyła mnie pozytywnie doborem stylizacji; spodziewałam się po niej czegoś bardziej szalonego.
   - Mówiłam, że ci się spodoba?
   Nie odpowiadając już, zamknęłam się w łazience i przebrałam w sukienkę. Przyglądając się sobie w lustrze, uśmiechnęłam się z zadowoleniem. Leżała idealnie; Rozalia doskonale znała moje wymiary i potrafiła uszyć naprawdę cudowne rzeczy. Nic więcej nie było potrzebne.
   Pomalowałam się jeszcze, stawiając na nieco mocniejszy, bardziej wieczorowy makijaż i pozwoliłam Rozalii ułożyć mi włosy w natapirowany gruby warkocz.
   Kiedy wszyscy już byliśmy naszykowani i gotowi, wsiedliśmy do samochodów i podjechaliśmy do sali miejskiej.
   Na tamtejszym podjeździe i parkingu ciężko było znaleźć choćby jedno wolne miejsce. Okrążyliśmy całość przynajmniej dwa razy, kiedy spod wejścia do sali pomachał nam Nataniel. Stanęliśmy obok niego i opuściłam szybę, by z nim porozmawiać, wpuszczając do nagrzanego wnętra samochodu chłodne, wieczorne powietrze.
   - Szukacie miejsca? - zapytał, uśmiechając się lekko, a gdy potwierdziłam, wskazał na budynek. - Z tyłu macie cały ogrodzony pas wolnego miejsca. Specjalnie dla nas.
   - Dzięki! - odwzajemniłam uśmiech i ponownie okrążyłam halę.
   Znalazłam miejsce o którym mówił blondyn i odetchnęłam z ulgą. Już zaczynałam się obawiać, że nigdzie w pobliżu nie zaparkuję.

   Wewnątrz sali panował jednocześnie nerwowy jak i podekscytowany gwar. Do rozpoczęcia całej imprezy pozostało jeszcze sporo czasu, a już zebrało się bardzo dużo ludzi. Większość z nich kojarzyłam z dawnego liceum czy pracy. Co chwilę byłam zaczepiana i chcąc, nie chcąc musiałam z każdym z osobna moment porozmawiać. Czułam się lekko zmieszana, odpowiadając na pytania dotyczące organizacji całej imprezy i czy to była moja inicjatywa. Miałam wrażenie jakbym cofnęła się w czasie do końca roku szkolnego, kiedy to w szkolnej piwnicy odbył się podobny koncert.
   Całe szczęście miałam przy sobie przyjaciół, którzy wyrywali mnie z każdej opresji i nawału pytań, przez co udało nam się w miarę szybko dostać pod scenę.
   Kiedy zobaczyłam, jak to wszystko wygląda, gdy oświetlenie i cały sprzęt stał na właściwym miejscu i był podłączony do prądu, zaparło mi dech w piersi. Licealne światełka się do tego nie umywały. Co prawda, głównej atrakcji w postaci chłopaków jeszcze nie było, ale i tak robiło to już ogromne wrażenie.
   Przeszłam przez główną salę i skierowałam się w stronę osobnego pomieszczenia za sceną, gdzie chłopaki mogli na spokojnie się przebrać. W środku było głośno i tłoczno, pomimo tego że byli tam tylko najbliżsi przyjaciele z naszej stałej paczki. Na samą myśl, że po koncercie groupies będą warować pod drzwiami i czekać na zdjęcia i autografy, robiło mi się niedobrze.
   - Stresik jest? - Zapytała chłopaków Rozalia, stając na środku, pomiędzy wszystkimi. - Mam nadzieję, że nie. A przynajmniej nie tak duży jak nam się wszystkim wydaje.
   - Nie wiecie kiedy ma się zjawić Rufus Collins? - zapytał poddenerwowany Kas, zawiązując ciasno sznurówki wysokich skórzanych butów.
   - Tak na dobrą sprawę. nie wiemy, czy w ogóle się pojawi - mruknął Kasper, wzruszając ramionami. - Mógł powiedzieć, że się pojawi, ale czy przyjdzie naprawdę... Do tego nie mamy pewności. Jak mam być szczery, to nie wiem, co byłoby lepsze.
   Cały zespół zaśmiał się nerwowo, rozglądając po sobie. Byłam w stanie wyobrazić sobie, co czuli. Mnie samą zaczęły zżerać nerwy, mimo że nie byłam bezpośrednio w to zamieszana. Bycie dziewczyną lidera zespołu było jednak nieco stresujące.
   Kastiel podszedł do mnie, oparł dłonie na moich biodrach i delikatnie mnie do siebie przyciągnął. Pochylił się nade mną i złożył na moich ustach delikatny pocałunek. Uśmiechnęłam się lekko na tą pieszczotę, czując przyjemne łaskotanie w dołku.
    - Miałaś mi coś powiedzieć... - powiedział cicho, patrząc mi w oczy.
   Przyjemne łaskotanie zmieniło się w tępy ścisk. Poczułam jak serce przyspiesza mi ze zdenerwowania. Nie miałam jak uciec od odpowiedzi, a jeszcze nie przemyślałam tego jak przekazać mu to co chciałam.
   - Um... - zająknęłam się, uciekając wzrokiem wszędzie, byle by tylko nie patrzeć na jego twarz. - Wydaje mi się, że to nie jest odpowiednia chwila... - Uśmiechnęłam się, jak miałam nadzieję, uspokajająco, modląc się w duchu, żeby nie zaczął dopytywać.
   Kas chyba wyczuł, że nie jestem jeszcze gotowa i całe szczęście odpuścił, jednak spojrzenie jakie mi posłał, gdy odwracał się do Lysa, wyraźnie mówiło, że następnym razem mi nie odpuści tak łatwo.
   - Jeszcze mu nie powiedziałaś? - Roza złapała mnie za łokieć i wciągnęła do ciasnej łazienki.
   - Później... - odparłam wymijająco, czując coraz większy stres. Z jednej strony chciałam mieć to już za sobą, ale z drugiej, jak pomyślałam o tym wszystkim, to robiło mi się ciemno przed oczami.
   - Nie powinnaś z tym zwlekać. Wiem, że się boisz, ale takim milczeniem nic nie wskórasz. Ja wiem, że wszystko będzie w porządku.
   Uśmiechnęła się i potarła moje ramiona w pokrzepiający sposób. Odwzajemniłam uśmiech i przytuliłam przyjaciółkę.
   - Dziękuję, że jesteś przy mnie.
   Kiedy wyszłyśmy z toalety, chłopaki zaczęli się zbierać na scenę, żeby ostatecznie wszystko sprawdzić i dostroić sprzęt. Zbliżała się już godzina dwudziesta, czyli godzina rozpoczęcia imprezy. W sali zgromadził się naprawdę spory tłum podekscytowanych ludzi. Wszędzie dookoła rozbrzmiewały głośne rozmowy, które prawie zagłuszały puszczoną w tle muzykę. Każdy z chłopaków zajął swoje miejsce. Kasper i Kastiel po obu stronach Lysandra, który stał na samym przodzie sceny, a Nataniel tuż za nimi. Ledwo pokazali się na podium, tłum dziewczyn, który stał na samym przodzie zaczął głośno piszczeć i wołać imiona chłopaków.
   Słysząc nawoływania Kasa poczułam ukłucie zazdrości, mimowolnie zacisnęłam zęby. Kastiel jakby wyczuł, że coś jest nie tak, odwrócił się w moją stronę i posłał mi w powietrzu buziaka, którego złapałam i przyłożyłam do serca. Fanki widząc to, obrzuciły mnie tak morderczymi spojrzeniami, że dziękowałam Bogu, że wzrok nie może zabijać, bo leżałabym martwa i pokrojona na kawałeczki.
   -Ekh... Witajcie wszyscy zebrani... - Uwagę całej sali skupił na sobie nieco speszony Lysander, który uśmiechnął się niemrawo. - Cieszę się, że przybyliście tak licznie na nasz... Hm... Debiutancki koncert...
   Białowłosy zaciął się na chwilę, jakby zastanawiał się co mógłby jeszcze powiedzieć. Całe szczęście z opresji wyrwał go Kastiel, który zabrał mu mikrofon.
   - Tak, dokładnie tak jak powiedział Lysander, cieszymy się na wasze przybycie i zapraszamy do dobrej zabawy! Pożegnajmy godnie ten rok!
   Chłopak oddał przyjacielowi mikrofon i wrócił na swoje miejsce. Oparł nogę o niski podest, żeby było mu wygodniej trzymać gitarę, ustawił się i zaczął grać pierwsze akordy. Parsknęłam śmiechem, kiedy rozpoznałam co będą grać jako pierwsze. Warrant Cherry Pie. To na pewno był pomysł Kastiela.
   Mimo, że utwór miał swoje lata, to i tak wszyscy równo śpiewali, wtórując chłopakom. Mimowolnie, sama zaczęłam się bujać do rytmu, mrucząc pod nosem słowa. Stojąc bardziej na uboczu, miałam doskonały widok na całą salę i scenę. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, patrząc na pochłoniętych muzyką chłopaków. Cztery kompletnie różne osobowości idealnie zgrywające się w jedno. Perfekcyjne granie na perkusji Nataniela świetnie kontrastowało z opanowanym chaosem Kaspra władającym basem. Zazwyczaj stoicko spokojny Lysander zapierał dech w piersi swoim ponadprzeciętnym głosem, który mógł zmieniać jak tylko chciał. I Kastiel, który swoim lekko zachrypniętym głosem dopełniał śpiew Lysa, a pasja z jaką grał na gitarze... Tego nie dało się opisać słowami.
   Z każdą kolejną graną piosenką zaskakiwali jeszcze bardziej. Raz odgrzebywali stary dobry rock 'n' roll, a raz skupiali się na nowościach. Grali również rockowe covery innych piosenek. Kiedy usłyszałam Dusk Till Dawn Zayna Malika w dużo ostrzejszej wersji, wpatrywałam się oniemiała w chłopaków. Widownię najwyraźniej też zszokowali, bo w pierwszej chwili nikt nie wiedział jak zareagować, jednak po chwili wszyscy bili brawa i krzyczeli pochwały.
   Koncert rozkręcił się na dobre, a ja wzrokiem próbowałam w tłumie odnaleźć Rozalię czy kogokolwiek z przyjaciół. Gdy mój wzrok padł na czerwoną czuprynę Gwen i niebieskie idealnie ułożone włosy Alexa, bez zastanowienia zaczęłam się przeciskać ku przodzie. Droga do przyjaciół zajęła mi trochę, ponieważ po raz kolejny byłam zaczepiana przez znajomych i obcych ludzi, gratulujących mi i chłopakom organizacji tak dobrej imprezy.
   - Dotrzeć tu do was to kompletna mordęga! - krzyknęłam do Gwen, obejmując dziewczynę od tyłu.
   - O! Dobrze, że już jesteś. Za chwilę zacznie się odliczanie - popatrzyłam na przyjaciółkę zdumiona, a ta pokazała mi zegarek, na którym wyraźnie było, że jeszcze dziesięć minut i faktycznie wybije północ.
   Akurat jak odwróciłam się do sceny, chłopaki skończyli grać piosenkę i mikrofon przejął Kastiel.
   - I jak się bawicie?! - zawołał, a tłum wybuchnął wrzaskami i oklaskami. - Bo wiecie... My tu sobie śpiewamy i gramy, a za niecałe dziesięć minut pożegnamy stary rok i przywitamy nowy!
   Na jednym z podświetlanych ekranów nad sceną pokazał się zegar odliczający czas do północy.
   - Z takich organizacyjnych spraw, to chciałbym poprosić wszystkie pary, które są na sali o odnalezienie się i dobranie się, bo nie chcemy przecież świętować samemu. Dziewczyny - zwrócił się do mnie i do Gwen - was zapraszam na scenę, tutaj do nas!
   Gwen z piskiem radości pobiegła do Lysandra i zaraz jak wskoczyła na scenę, rzuciła mu się w ramiona. Ja przez chwilę stałam oniemiała, ale gdy Kas wyciągnął do mnie rękę, a tłum zaczął mnie popychać w jego stronę, nie bardzo miałam wyjście i również musiałam wejść na scenę. Do Nataniela zaraz doskoczył rozradowany Alexy, a obok Kaspra pojawiła się jego dziewczyna.
   Stojąc na podwyższeniu czułam się skrępowana. Wzrok wszystkich zebranych był skupiony na nas, widziałam masę ludzi, którzy przyglądali się nam i rozmawiali między sobą.
   Za nami pojawiła się Rozalia, która miała tacę z kieliszkami i Leo niosący butelkę szampana.
   - Wszystkiego najlepszego paskudo. - Uśmiechnęła się do mnie, puszczając oczko.
   - Jeszcze nie teraz. - Odwzajemniłam uśmiech, wystawiając jej język.
   Wzięłam od przyjaciółki kieliszek i objęta przez Kastiela wpatrywałam się w ekran odliczający. Mimo że czułam się niezmiernie szczęśliwa, czułam też lekki uścisk w dołku. Powinnam to teraz zrobić. Teraz mu powiedzieć. To był najlepszy moment.
   - Um... Kas... - zaczęłam niepewnie z kołatającym sercem w piersi. Miałam wrażenie, że wszyscy widzieli, jak trzęsły mi się nogi. - Pamiętasz, że miałam ci coś powiedzieć?
   - Cały czas - uśmiechnął się delikatnie, stając do mnie przodem.
   Zignorował podawany mu przez Rozalię kieliszek i trzymając mnie za biodra, patrzył mi głęboko w oczy. Przez jego uważny wzrok denerwowałam się jeszcze bardziej.
   Teraz Liwia.
   - Bo Kas... Ja...
   - Dziesięć!
   - Dziewięć!
   Zewsząd zaczęły dobiegać nas krzyki odliczania. Rozejrzałam się dookoła przyglądając wszystkim roześmianym i radosnym twarzom.
   - Co się dzieje, skarbie? - zapytał, łapiąc mnie za brodę i obracając moją głowę tak, bym na niego patrzyła.
   - Bo ja...
   - Trzy! Dwa!
   - Jestem w ciąży.
   - JEDEN!
   W ostatniej chwili zdążyłam się wyjąkać, bo zebrany tłum ryknął donośnie witając Nowy Rok. Spojrzałam się na szatyna i widząc jego zszokowane spojrzenie, straciłam całkowicie na pewności. Zagryzłam wargę, starając się powstrzymać kołatające mną nerwy.
   Chłopak nerwowo uśmiechnął się, zaczął dotykać się po kieszeniach, by zaraz zakląć.
   - Przepraszam cię, Liwia, ja zaraz... - Nie dokończył co miał zaraz, puścił mnie jedynie, zeskoczył ze sceny i pobiegł do wyjścia.
   A ja poczułam jak uginają się pode mną kolana.

~~~~~~~~~~~~~ » . ∞ . « ~~~~~~~~~~~~~

   Kurwa, kurwa, kurwa!
   Wiedziałem, że to zjebie. Byłem o tym przekonany od samego początku, kiedy w ogóle to zacząłem planować.
   Wybiegłem na ośnieżony parking, kompletnie nie zwracając uwagi na potworny mróz i wiatr, targający moimi ubraniami. Popędziłem do samochodu, w pośpiechu szukając kluczyków do auta. Całe szczęście zapomniałem ich wyciągnąć z kieszeni i miałem je przy sobie. Nerwowym ruchem otworzyłem drzwi i chaotycznie zacząłem przeszukiwać schowek. Niestety nie znalazłem tam tego czego szukałem.
   Kurwa!
   Wplątałem palce we włosy, szarpiąc je gwałtownie, by jakoś odreagować nerwy. Wiedziałem, że zapomnę tego cholernego pudełka z domu. A tak się do tego szykowałem!
   Warknąłem na siebie wściekły i zamknąłem samochód. Nie miałem tu co szukać. Nie było tego.
   Wpadłem rozjuszony z powrotem na salę, gdzie mnóstwo ludzi starało się mnie zatrzymać, zagadać do mnie, ale moją głowę pochłaniała tylko jedna myśl.
   Musiałem to naprawić.
   Mówi się trudno. Nie będzie tak jak chciałem.
   Ale musiałem to zrobić.
   Spojrzałem w stronę sceny, gdzie Liwia ledwo stała na nogach, blada jak trup, przytrzymywana przez równie bladą Rozalię.
   Szlag by to trafił! Jak zawsze musiałem zjebać. I to jeszcze jak ona mi powiedziała, że jest w ciąży. Ciągle nie docierało do mnie, że będę ojcem.
   - Co ty najlepszego odpierdalasz?! - warknęła wściekła Rozalia, podbiegając do mnie, jak tylko pojawiłem się na scenie.
   - Nie ważne - burknąłem, podchodząc do ukochanej.
   Spojrzałem w jej przerażone, błądzące wszędzie oczy. Jej błyszczący od zbierających się łez wzrok zatrzymał się na mnie, a ja miałem ochotę urwać sobie głowę za to, co przed chwilą zrobiłem.
   - Jesteś... - mruknęła słabo, jakby niedowierzając, że jednak wróciłem.
   - Jestem - odparłem z uśmiechem, dotykając jej delikatnej twarzy. Wtuliła policzek w moją dłoń, co skwitowałem jeszcze większym uśmiechem.
   Z walącym jak dzwon sercem upadłem przed nią z głuchym stukiem na kolana. Zmarszczyła lekko brwi, przyglądając mi się co robię. A ja nie miałem kompletnie pojęcia co robię. Po prostu działałem.
   Zdjąłem z palca stary, obdrapany sygnet, który dostałem od niej na urodziny jeszcze w liceum. Złapałem ją delikatnie za dłoń i spojrzałem w oczy.
   - Zostań moją żoną... - wymruczałem lekko łamiącym się głosem. Nie mogłem się powstrzymać. Kiedy patrzyłem na jej uroczą buźkę, budziła we mnie tyle emocji... - Zostań ze mną do końca życia. Chcę zasypiać przy tobie i budzić się wtulony w twoje ciało. Chcę spędzić z tobą każdy mój cholerny dzień. Do końca życia i jeszcze dalej.
   Liwia osunęła się powoli na kolana. Przerażony nie wiedziałem co robić; złapałem ją za ramiona, błądząc po niej wzrokiem starając się doszukać czegoś niepokojącego, ale nic takiego nie dostrzegłem. Uśmiechnęła się do mnie, a w jej oczach ponownie błysnęły łzy.
   - Do końca życia i jeszcze dalej - wyszeptała, wpijając się w moje usta.

środa, 5 grudnia 2018

~ Rozdział 98 ~

   - Niedobrze mi... - mruknął cicho Kastiel, ściskając się za brzuch.
   - Co?
   - Będę rzygał... - wyjęczał, łapiąc się za żołądek i pobiegł do łazienki, zatrzaskując za sobą głośno drzwi.
   Odkąd wczoraj dowiedział się, że na sylwestrowym koncercie będzie manager Winget Skull, zainteresowany młodymi utalentowanymi muzykami, Kastiel nie mógł się uspokoić. Raz był radosny i nie do opanowania; nie mógł się doczekać występu, a raz pochmurniał, marudził bez przerwy, albo przesiadywał co chwilę w toalecie, nie mogąc opanować torsji.
   - Zrobić ci miętki? - zapytałam przez drzwi, zza których dobiegały ciche pojękiwania chłopaka.
   - Spadaj - ledwie wymruczał, ponownie wymiotując.
   - Ale ja poważnie mówię - odparłam ze spokojem, nie zwracając uwagi na chamską odzywkę. - Albo melisy ci zrobię, na uspokojenie. Może w końcu ci przejdzie.
   - Yhy...
   Parsknęłam śmiechem i udałam się do kuchni, by wstawić wodę. Wyciągnęłam dwa kubki, wrzuciłam do nich torebki z ziołami. Czekając aż zagotuje się woda, nuciłam cicho pod nosem, krzątając się po pomieszczeniu.
   Kiedy czajnik pstryknął, a woda przestała wrzeć, zalałam szklanki. Chwilę później usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
   - Proszę! - zawołałam, zakrywając naczynia spodeczkami od filiżanek, żeby melisa mogła się spokojnie zaparzyć.
   Wychyliłam się z kuchni zaglądając na korytarz, chcąc sprawdzić kto przyszedł.
   - Witaj, Liwia - przywitał się z uśmiechem Lysander, a zza niego wyjrzała Gwen, machając radośnie ręką. - Jest Kastiel?
   - W łazience siedzi. - Kiwnęłam głową w stronę nadal zamkniętych drzwi. - Chcecie melisy? Właśnie parzę.
   - Poproszę - powiedział cicho Lysander, wchodząc do salonu.
   Spojrzał się w stronę Gwen, która już stała przy wejściu od łazienki i głośno pukała. Pokręcił głową z dezaprobatą, ale nie zrobił nic by ją powstrzymać. Dziewczyna nie przerywała, co sekundę wzywając Kastiela po imieniu.
   Nagle drzwi otworzyły się i stanął w nich blady jak ściana chłopak.
   - Jeszcze raz pukniesz w te drzwi, a przysięgam, że cię zamorduję - wycharczał, mrużąc przekrwione oczy.
   - O! Już się normalnie odzywasz? - zaszczebiotała radośnie, uśmiechając się do niego szeroko. - Może w końcu odpowiesz co cię tak wyprowadziło z równowagi?
   Syknęłam cicho, współczując w duchu brunetowi. Gwen była naprawdę bezlitosna.
   To dzięki niej chłopak dowiedział się o wizycie Deana Wailersa, managera jego ulubionego zespołu Winget Skull, a jego reakcja była bezcenna.
   Tego dnia spóźniliśmy się na próbę zespołu, przez moje omdlenie i krwawienie z nosa. Zanim się obudziłam było grubo po czasie, ale Kastiel nie chciał opuścić próby. Poza tym twierdził, że świeże powietrze dobrze mi zrobi.
   Kiedy dotarliśmy na miejsce przed wejściem do sali stali Nataniel z Lysandrem, żywo o czymś rozmawiając. W pierwszej chwili nie chcieli powiedzieć o co chodzi, jednak niedługo później przybyła Gwen i wypaplała się, że kilka minut wcześniej odjechał Dean Wailers, ponieważ zainteresował się ich grupą i chciałby ich usłyszeć na żywo, w związku z czym przybędzie w Sylwestra zobaczyć koncert.
   Reakcja Kastiela była natychmiastowa. Momentalnie zbladł i zachwiał się na nogach. Przerażona złapałam go razem z Lysem za łokcie i zaprowadziliśmy do wnętrza auli, gdzie posadziliśmy go na ławce. Nie byliśmy w stanie z niego wykrztusić ani słowa. Dopiero po kilku godzinach, gdy pierwszy szok minął, dał radę spojrzeć się na mnie i wymamrotać jedno pytanie.
   - Wiedziałaś? - Popatrzył na mnie z wyrzutem, jednak widząc, że sama jestem zdziwiona tym co się stało, uśmiechnął się jedynie przepraszająco.
   Później było jeszcze gorzej. Uspokoił się na tyle, że chłopaki mogli zacząć zaplanowaną próbę, lecz po kilku pierwszych piosenkach Kastiel zszedł ze sceny i popędził biegiem do łazienki, nie mogąc powstrzymać torsji.
   - Miał już tak kiedyś? - zapytałam zdezorientowana białowłosego.
   - Jeszcze nigdy. Sam pierwszy raz widzę go w takim stanie - odparł, drapiąc się po brodzie zamyślony.
   - Czyżby Kastuś miał tremę? - Czerwonowłosa kuzynka bruneta wybuchnęła spazmatycznym śmiechem, łapiąc się za brzuch i zginając się w pół. - Nie wierzę... - wyjęczała pomiędzy napadami śmiechu. - Kastiel i trema...
   - Jesteś bezlitosna, wiesz? - powiedziałam rozbawiona do dziewczyny, samemu nie mogąc się powstrzymać od śmiechu.
   Od tamtego zdarzenia nie odezwał się zbytnio do nikogo, jedynie informując, że chce kontynuować próbę. Po ponad dwóch godzinach ciągłego grania, Lysander stwierdził, że najwyższy czas na przerwę.
   - Co powiecie na kebsa? - zaproponowałam zaraz po tym, jak usłyszałam burczenie w brzuchu.
   - Jestem jak najbardziej za! - zawołała Gwen, zeskakując ze sceny, na brzegu której siedział Lys.
   - Ja też...
   - Też bym nie pogardził - odparł Kasper, przeczesując włosy palcami.
   - To kto idzie ze mną? - zapytałam, przyglądając się każdemu dookoła, licząc na czyjąś pomoc.
   Bez słowa wstał Kastiel i minął mnie w drzwiach. Spojrzałam się na przyjaciół, ale byli tak samo zdezorientowani jak ja, więc wzruszyłam jedynie ramionami i podążyłam za chłopakiem.
   Dogoniłam go przy samym wyjściu. Stał i szukał czegoś w kieszeniach. Po chwili wyciągnął paczkę papierosów, wyjął jednego i odpalił, głęboko zaciągając się nim. Sapnęłam niezadowolona, gdy chmura gryzącego dymu wleciała prosto na mnie.
   - Przepraszam - mruknął cicho, odwracając się do mnie z lekkim uśmiechem na ustach.
   Wyciągnął w moją stronę wolną rękę i mocno ścisnął mi dłoń. W milczeniu ruszyliśmy w stronę knajpki, gdzie mogliśmy kupić to jakże wykwintne danie.
   - Naprawdę się tym aż tak przejmujesz? - zapytałam cicho, kiedy znaleźliśmy się przy budce, a on odpalił kolejnego papierosa.
   - Aa ty byś się nie przejmowała? - odpowiedział mi pytaniem na pytanie, marszcząc brwi.
   - Nie wiem, czy nie miałabym tremy, ale wiem, że jesteście naprawdę dobrzy - odparłam, uśmiechając się lekko. Stanęłam naprzeciw niego, cały czas trzymając jego ciepłą dłoń. - Poza tym jesteście świetnie przygotowani, macie doskonały sprzęt, miejsce... Wszystko. Tu nie ma rzeczy, która mogłaby pójść źle - dodałam.
   - Może masz rację...
   Poklepałam go jeszcze po ramieniu pokrzepiająco i weszłam do lokalu, żeby zamówić jedzenie.
   W środku było już sporo ludzi; tych czekających na swoje dania i tych, którzy dopiero mieli złożyć swoje zamówienia. Wszędzie pachniało aromatycznymi ziołami i przyprawami, co pozwalało się choć trochę wczuć w klimat kuchni libańskiej. Przez zapach kurkumy, pieprzu i papryki przebijał się również zapach pieczonego mięsa.
   Cierpliwie czekałam na swoją kolej, rozglądając się dookoła ciekawskim wzrokiem. Mimo, że byłam już w tym miejscu kilka razy, nadal nie mogłam nadziwić się jak pięknie został urządzony lokal. Na każdej ze ścian rozpościerał się inny widok z bardzo realistycznej fototapety. Na wprost mnie znajdowało się ogromne pole uprawne z różnobarwnymi ziołami. Po lewej stronie, gdzie była również otwarta kuchnia, było zdjęcie soczystych potraw i kunsztownie zdobionych porcelanowych filiżanek z parującą herbatą. Natomiast po prawej stronie był widok na zabytkową świątynie na tle zachodzącego słońca. Całość dopełniały lampy i zioła w doniczkach, ustawione przy każdym stoliku.
   Kiedy nadeszła moja kolej, złożyłam zamówienie i skierowałam się w stronę wyjścia, żeby wraz z Kastielem poczekać na jedzenie. Nie doszłam nawet do drzwi, kiedy spostrzegłam, że bruneta otoczyła grupka rozchichotanych dziewczyn, a jedna z nich wręcz uwiesiła się na jego ramieniu.
   Poczułam lekki ścisk w klatce piersiowej i gorycz wypełniającą usta. Zacisnęłam mimowolnie zęby i dłonie w pięści, starając się powstrzymać jakoś napływającą złość.
   Wyszłam po cichu z knajpy, zatrzymując się przy samych drzwiach, by żadne z nich mnie nie zauważyło, żeby podsłuchać z ciekawości i zazdrości o czym rozmawiają. Oparłam się o ścianę, zakładając ręce na piersi i wsłuchałam się w szczebiotanie dziewczyn.
   - A więc to prawda? Występowałeś z Crowstorm?
   - Grywałem dla nich parę razy - przyznał z niechęcią i obojętnością w głosie, starając się delikatnie, ale jednocześnie stanowczo odkleić od siebie blondynkę, która nie chciała puścić jego ręki.
   - Wiedziałam! - pisnęła ruda, klaskając radośnie.
   Ledwo powstrzymałam parsknięcie śmiechem, kiedy dostrzegłam jak Kastiel przewraca oczami. W międzyczasie zostałam wywołana do odbioru zamówienia. Kiedy ponownie wyszłam z baru, chłopak od razu jak mnie dostrzegł, podszedł i ucałował mnie w czoło.
   - Już gotowe, kochanie? - zapytał ostentacyjnie wymawiając ostatnie słowo.
   Tym razem nie byłam w stanie powstrzymać parsknięcia. Pokręciłam z niedowierzaniem głową, łapiąc go pod rękę.
   - Kto to jest? - zapytała oburzona dziewczyna, która chwilę wcześniej uwieszała się na ramieniu Kastiela.
   - O byciu na moim miejscu możesz sobie jedynie pomarzyć - powiedziałam słodkim głosem w jej stronę, uśmiechając się uroczo.
   Dziewczyna patrzyła na mnie, krzywiąc się, jakby nic nie zrozumiała. Chłopak prychnął, odciągając mnie lekko od niej, po czym ruszyliśmy z powrotem do sali.
   Kiedy znaleźliśmy się poza zasięgiem wzroku grupki fanek Kastiela, spojrzałam się na niego i zapytałam:
   - Naprawdę grałeś z Crowstormami?
   - Kilka razy mi się zdarzyło. Jak wyjechałem w liceum do Nevady i nie wiedziałem co ze sobą zrobić, szukałem jakiejś roboty w gazetach. Wtedy byli dopiero początkującymi muzykami i nie mieli gitarzysty. Zgłosiłem się i na rozmowie wstępnej dostałem propozycję wstąpienia do nich - wyjaśnił, wzruszając ramionami. - Jednak kiedy zaczęli zdobywać coraz większą popularność, zaczęło mnie to trochę przytłaczać. Podziękowałem im za współpracę i zacząłem rozglądać się za czymś innym.
   - Za dużo fanek, co? - wytknęłam mu ze śmiechem, na co dostałam kuksańca w żebra.
   - Może...

czwartek, 27 września 2018

~ Rozdział 97 ~

    - Jesteście niesamowici... - westchnęła Millie, przyglądając się chłopakom stojącym na scenie.
    Razem z przyjaciółmi przyszliśmy towarzyszyć zespołowi podczas prób. Rozalia z Leo miała czas, żeby sprawdzić jak nowe stroje leżą na chłopakach i od razu skorygować ewentualne błędy. Milicenta miała okazję pierwszy raz usłyszeć chłopaków w akcji. Śmiać mi się chciało, gdy widziałam jej zdziwione spojrzenie i rozchylone usta, chociaż musiałam przyznać, że sama reagowałam tak samo podczas pierwszego koncertu, jeszcze w liceum.
    - Dobra, złazić mi stamtąd - powiedziała Rozalia, machając w ich stronę czarną tasiemką. - Musze parę rzeczy poprawić.
    - Znowu? - jęknął Kasper, czochrając opadającą mu na oczy grzywkę.
    - Tak, znowu. Wyglądacie jak lumpy spod sklepu - mruknęła niewyraźnie, pochodząc do chłopaka. Odwróciła go tyłem do siebie i kucnęła, wyciągając szpilki z ust.
    - Ty nas ubierałaś - zwrócił jej uwagę, odwracając głowę, aby zobaczyć co białowłosa robi. - Aua! Uważaj z tymi szpilkami! W dupę mi się wbiłaś! - zawołał oburzony.
    - Gdybyś się nie kręcił jakbyś miał owsiki w dupie, to nie musiałabym ci co chwilę poprawiać tych spodni i nie zostałbyś ukłuty. - Tym razem to Rozalia zwróciła mu uwagę, po raz ostatni poprawiając szpilkami spodnie. - A teraz ostrożnie je zdejmij. Muszę to wszystko zszyć.
    Chłopak wykonał polecenie, marudząc jeszcze przy tym, po czym ubrał swoją dolną część garderoby i zawołał Kastiela na papierosa. Dołączyli do nich także Lysander i Nataniel, korzystając z okazji, żeby się przewietrzyć i ochłonąć przed kolejną próbą. Gdy zespół zniknął za drzwiami sali, podeszłam do Rozalii, która odpięła wszystkie przypięte szpilki.
    - Czy nie miałaś czegoś poprawić w tych spodniach? - zapytałam marszcząc brwi.
    - Teoretycznie. - Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się przebiegle. - Praktycznie wszystko wygląda idealnie. Chciałam go tylko wkurzyć.
    Słysząc słowa przyjaciółki nie mogłam się powstrzymać od parsknięcia śmiechem. Od wczorajszego popołudnia, gdy Rozalia przyniosła gotowe stroje dla chłopaków, dogryzali sobie w każdy możliwy sposób, a zaczęło się to w momencie, gdy Kasper skomentował swoje i pozostałych ubranie.
    - Co to ma być? - zawołał chłopak podnosząc czarną marynarkę z ciemnozielonym haftem na klapach i rękawach, którą zdobiły guziki na wzór starego srebra. - W życiu tego nie założę.
    - To jest dla Lysandra, baranku - Rozalia odepchnęła go od paczek, w których były stroje. Podniosła nieco mniejsze opakowanie, które niczym szczególnym nie różniło się od pozostałych, nie licząc wypisanego imienia i nazwiska na wierzchu. - Tu są twoje.
    Brunet wyciągnął przed siebie czarne, skórzane spodnie z licznymi zamkami na nogawkach. Przyglądał się im z dość krytycznym wyrazem twarzy, odłożył je po chwili na bok i sięgnął po resztę rzeczy. W środku była także ciemna koszulka z poszarpanymi dziurami, spiętymi agrafkami oraz czerwona koszula w kratę. Kręcił jeszcze chwilę nosem, jakby nie do końca przekonany, aż w końcu powiedział:
    - Nie jest tak źle. Ujdzie w tłumie.
    - Dlaczego każdy z nas ma strój różniący się stylem? - zapytał Nataniel przymierzając swoją gładką, ciemnoniebieską koszulę bez rękawów, skórzaną kamizelkę z licznymi przypinkami i proste czarne spodnie. - Z tego co się orientuję, to w liceum aż tak się nie różniliśmy wyglądem.
    - To było w liceum. Teraz każdy z was jeszcze bardziej się różni stylem i chciałam to podkreślić. Poza tym nie widzę cię jakoś w dziurawych spodniach i koszulce moro. - Uśmiechnęła się do niego, poprawiając Lysandrowi krawat.
    - Co racja to racja. - Zgodził się blondyn, przeglądając się w lustrze, które Leo i jego białowłosy brat przynieśli na czas prób i przymiarek.
Spojrzawszy w stronę Kastiela, parsknęłam głośnym śmiechem. Chłopak tłumiąc przekleństwa, siłował się ze swoimi spodniami. Próbując wsadzić nogę w nogawkę, za każdym razem trafiał stopą w jedną z wielu dziur.
    - Pomóc ci? - rzuciłam, ledwo powstrzymując śmiech, ale kiedy brunet spojrzał na mnie zdenerwowanym spojrzeniem, nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam głośnym śmiechem.
    Kastiel zaklął głośno, ale w końcu udało mu się założyć spodnie. Zaraz po tym podeszła do niego Rozalia i przypięła mu do paska kilka srebrzystych łańcuchów, tak by opadały na lewe udo. Przez głowę wciągnął ciemnoszarą koszulkę z nadrukowaną białą czaszką i kośćmi ułożonymi w X, a na szyi zawiesił rzemyki z zawieszkami w kształcie grotu strzały i skrzydeł. Kiedy odgarnął z twarzy włosy, zaczesując je palcami do tyłu, poczułam jak robi mi się gorąco. Wiedziałam, że jest przystojny, ale za każdym razem jak na niego patrzyłam, miałam te same dreszcze, co na samym początku jak się poznawaliśmy.
    Chwilę później cała czwórka wróciła i wznowili próby. Siedziałam na ławeczce pod sceną, opierając łokcie o kolana, dłońmi podpierając głowę, nie mogąc wyjść z podziwu dla ich talentu. Naprawdę byli niesamowici, tak jak określiła ich Millie. Mieli w sobie tę iskrę, która sprawiała, że po plecach przechodziły ciarki, a na skórze pojawiała się gęsia skórka. Melodyjny i subtelny głos Lysandra wspaniale komponował się z lekko zachrypniętym głębokim głosem Kastiela, powodując przyspieszone bicie serca i uśmiech na ustach. Byłam pewna, że gdyby chcieli to spokojnie mogliby zrobić karierę na skalę światową.

    - O czym tak myślisz? - zapytał Kastiel, kiedy po kilku godzinach prób wyszliśmy na mroźne powietrze i kierowaliśmy się do mieszkania.
    - O niczym konkretnym. - Wzruszyłam ramionami, mocniej zaciskając objęcia wokół ręki bruneta. - Co by się stało, gdybyście zdobyli większą sławę... Gdyby jakaś wytwórnia zaproponowała wam kontakt.
    - Miałabyś sławnego faceta. - Uśmiechnął się szelmowsko, spoglądając w moje oczy. Parsknęłam śmiechem, kręcąc głową.
    - A te tłumy fanek? Byłbyś tak brutalny i złamał im wszystkim serca?
    - Wolę łamać nic nieznaczącym dla mnie dziewczynom, niż tobie - powiedział cicho, pochylając się do mojego ucha, ogrzewając je swoim ciepłym oddechem, od którego przeszły mnie ciarki na plecach. Poczułam przyjemne ciepło rozlewające się po moim ciele.
    - Coś za bardzo dzisiaj słodzisz... - wymruczałam, mrużąc lekko oczy. - Co kombinujesz?
    - Ja? Coś kombinować? - zapytał oburzony, ale iskierki w jego oczach zdradzały jego podstępne plany.
    - Gadaj mi tu zaraz. Co kombinujesz? - Stanęłam w miejscu, opierając zwinięte w pięści dłonie na biodrach. 
   - Zobaczysz, jak będziemy w domu - szepnął mi w usta, lekko je pocałował i poszedł przed siebie, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie.
   - A co jeśli ja nie chcę czekać do domu i chcę wiedzieć teraz?
   - Nie wiesz, że cierpliwość popłaca? - Uśmiechnął się zawadiacko, puszczając oczko. 
   Sapnęłam zdenerwowana i ruszyłam za nim. Nie znosiłam jak bawił się ze mną w ten sposób, jak szczuł mnie z taką perfidną radością. Wsunęłam zmarznięte dłonie w kieszenie wełnianego płaszcza i wpatrzona w sylwetkę chłopaka kroczyłam za nim, głowiąc się nad jego planem. 
   Niedługo później obserwowałam jak otwiera drzwi i wkracza do mieszkania, zostawiając otwarte wejście dla mnie. Ledwo postawiłam stopy na korytarzu i ściągnęłam kurtkę, zostałam bez ostrzeżenia porwana w ramiona. 
   - Co ty robisz?! - zawołałam przestraszona, kiedy zaczął kierować się na piętro do sypialni. - Puść mnie! Muszę buty ściągnąć!
   Chłopak całkowicie mnie zignorował, twardo idąc do pokoju. W pomieszczeniu położył mnie na łóżko, rozpiął zamek od każdego buta, zdjął mi je, a następnie zaczął czegoś szukać w szafie. Chwilę później podszedł do mnie, chowając coś za plecami. Poczułam dreszcz niepokoju, nie będąc pewna co zamierza. 
   - Odwróć się - powiedział tonem nie tolerującym sprzeciwu, stając tuż obok mnie.
   - Po co? - dopytałam, ale on nie ustępował. Z ciężkim westchnieniem spełniłam jego prośbę, by za moment poczuć jak zawiązuje mi coś na oczach. - Co ty robisz? - Wyciągnęłam ręce przed siebie, nie widząc nic prócz totalnej ciemności. 
   - Wstań - poprosił, dotykając moich dłoni i pomógł mi wstać.
   - Dlaczego zawiązałeś mi oczy? - Zagryzłam niepewnie wargę, czując się kompletnie zdezorientowana. 
   - Niespodzianka... - wyszeptał mi do ucha, ogrzewając swym oddechem szyję, przez co po plecach przeszły mnie ciarki. 
   Zaczął mnie gdzieś prowadzić, obejmując mnie w pasie. Błądziłam dłońmi w powietrzu, z obawą stawiając każdy krok. Nie czułam się komfortowo całkowicie pozbawiona jednego ze zmysłów. Byłam teraz całkowicie zdana na Kastiela. 
   Usłyszałam jak otwiera jakieś drzwi, przez które mnie przeprowadził. Poczułam gorące i wilgotne powietrze oraz usłyszałam dźwięk lejącej się do wanny wody. Chłopak puścił mnie, a ja przestraszona od razu zaczęłam szukać go dłońmi, machając rękoma dookoła siebie.
   - Jestem tutaj - powiedział spokojnie, muskając palcami moją rękę, a ja odetchnęłam z ulgą. Naprawdę czułam się dziwnie kompletnie nic nie widząc. - Nie bój się, przecież cię nie zostawię.
   - Ja wiem, ale ta sytuacja jest taka dziwna... - jęknęłam, czując jak moje policzki zaczynają się czerwienić. 
   - Po prostu się odpręż...

   Patrzyłem na nią, jak rumieni się i niepewnie zagryza wargę. Była tak urocza, niepewna... Nie mogłem przestać na nią patrzeć, kiedy obejmowała się ramionami, kręcąc głową dookoła, jakby rozglądając się, mimo że nic nie widziała. Z jednej strony miałem ochotę zdjąć jej tą przepaskę, ale z drugiej strony czułem niemałą satysfakcję, gdy szukała we mnie oparcia. 
   Sprawdziłem dłonią wodę, czy jest już odpowiednio ciepła, ściągnąłem pianę z przedramienia i wytarłszy wilgoć w ręcznik, ponownie do niej podszedłem. 
   - Pomogę ci się rozebrać i wejść do wanny - wyjaśniłem cicho, łapiąc dół jej bluzki, żeby ściągnąć jej to przez głowę. Sapnęła zdenerwowana, ale kiedy sięgnęła do przepaski na oczach, klepnąłem ją lekko w dłonie.- Tego masz nie ściągać.
   - Och... Po co cała ta farsa, co? - burknęła pod nosem, ale pomimo tego pozwoliła mi się pozbawić górnej części garderoby. 
   - Może dla mojej satysfakcji? - Zaśmiałem się cicho w jej odsłoniętą szyję, na co westchnęła cicho, odchylając głowę w drugą stronę, a ja miałem jeszcze lepszy dostęp do jej wrażliwych miejsc. 
   Skubnąłem zębami jej skórę, na co jęknęła cichutko. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem, skubiąc dalej, kierując się w stronę obojczyków. Oparła się plecami o ścianę, całkowicie podległa moim gestom. Zacząłem pocałunkami pieścić jej piersi zakryte białym biustonoszem. Następnie zsunąłem się nieco niżej, szczypiąc zębami brzuch, na co zachichotała lekko, starając się zasłonić dłońmi przed moimi ustami. 
   Podniosłem się z klęczek i pomogłem jej rozebrać się do końca, następnie trzymając ją za ręce pomogłem wejść do wanny. Westchnęła cicho z zadowoleniem, zanurzając się w wodzie i pianie po szyję. 
   - Jak przyjemnie... - zamruczała z zadowolonym wyrazem na twarzy.
   - Zrobisz mi miejsce? - zaśmiałem się, pstrykając ją pianą w nos. Przez chwilę udawała, że się nad czymś zastanawia, ale w końcu kiwnęła głową. 
   Ściągnąłem ciuchy, rzucając je wszystkie w kąt pomieszczenia i usadowiłem się za Liwią. Woda była tak niesamowicie gorąca, a ciało Liwii tak miękkie i pachnące... Wtuliłem się w nią, obejmując ją w pasie i opierając głowę na jej ramieniu. Odchyliła się do tyłu, całując mnie w policzek. Przesunąłem nosem po jej odsłoniętej szyi, mrucząc cicho i napawając się jej zapachem. Sunąłem dłońmi po jej ciele, pieszcząc delikatnie jej najczulsze punkty, aż nie usłyszałem przyjemnego westchnienia, które owiało ciepłem moje ucho. Uśmiechnąłem się lekko do siebie, przesuwając jedną dłoń na biodra, a drugą na piersi, czekając na jej reakcję. Zamruczała cicho, przylegając do mnie jeszcze bardziej. 
   Odwróciłem głowę w jej stronę, chcąc pocałować ją w szyję, ale zamarłem widząc jej błogi wyraz twarzy i spokojny oddech. Wszystko byłoby w porządku, ale oddech wydawał mi się za spokojny, jak na osobę, która przed chwilą mruczała z rozkoszy. Moment później jej usta rozchyliły się lekko i usłyszałem ciche chrapnięcie, bardziej przypominające mruknięcie, jedna nie można było tego pomylić. Była tak wykończona, że pod wpływem ciepłej wody i mojego dotyku zasnęła w zaskakującym tempie.
   Parsknąłem śmiechem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Nie chcąc jej budzić, delikatnie zdjąłem jej krawat, który miała zawiązany na oczach i obmyłem jej ciało, ale kiedy woda zaczęła się robić chłodna, nie miałem innego wyjścia. Całując ją delikatnie przy uchu, zbudziłem ją. Spojrzała na mnie zaskoczona, nie ogarniając gdzie jest i dlaczego jest cała mokra. Pomogłem się jej wytrzeć i zaprowadziłem półprzytomną do sypialni, gdzie od razu padła na łóżko i znów zapadła w sen.

środa, 25 lipca 2018

~ Rozdział 96 ~

 Witajcie kochani!
Co? Nie spodziewaliście się mnie tak szybko, co? 
Sama jestem w szoku, że wzięło mnie na napisanie rozdziału tutaj, to jeszcze udało mi się go skończyć w dwa dni. Dosłownie DWA DNI. Chyba przerwa i wyżycie się na drugim blogu, w innych opowiadaniach bardzo mi pomogło. W końcu mogę skupić na czymś konkretnym myśli. 
Wierzę, że nie przejdzie mi to szybko, bo nie chciałabym Was znów zostawiać na kolejny długi okres. 
Chciałabym Wam ogromnie podziękować, bo kilka dni temu wybiło mi sto tysięcy wyświetleń. \*O*/ Dajecie wiarę? STO TYSIĘCY! Jestem naprawdę szczęśliwa, że cały czas przy mnie trwacie, wspieracie mnie, czekacie cierpliwe na kolejne części. To naprawdę niesamowicie motywuje do pisania kolejnych rozdziałów. Jak pomyślę o tym wspaniałym okresie, o tych trzech latach razem tutaj, w tym miejscu to aż usta same się uśmiechają, a w serduszku robi się ciepło. 
Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną jeszcze przez kolejne tyle lat i kolejne tyle wyświetleń. Każdy Wasz komentarz, nawet ten najkrótszy wiele dla mnie znaczy.
Dziękuję Wam za wszystko i zapraszam do kolejnego rozdziału.
ENJOY ♥

~~~~~~~~~~~~~ » . ∞ . « ~~~~~~~~~~~~~


   Gdy zbliżała się godzina osiemnasta razem z Kastielem zaczęliśmy układać naczynia i sztućce na zaścielonym śnieżnobiałym obrusem stole. Niedługo później rozległ się głośny dźwięk dzwonka do drzwi. Zerknęłam na bruneta proszącym wzrokiem, żeby otworzył gościom. Ten westchnął, jakbym prosiła go o coś znacznie cięższego niż otwarcie drzwi, ale bez zbędnego komentarza udał się na korytarz.
   Pierwsza przybyła oczywiście Rozalia wraz z Leo, który niósł paczkę z cynamonowymi ciasteczkami. Skończywszy nakrywać do stołu, wyszłam przywitać się z przybyłymi. Ledwo zaprowadziłam parę do salonu, gdzie miała być kolacja, do mieszkania przyszła reszta zaproszonych przyjaciół, a w moim niewielkim lokum zrobiło się naprawdę tłoczno. Wszędzie było słychać głośne rozmowy i śmiechy. Przechodząc między Alexy'm, Natanielem a Mattem, powoli zanosiłam przygotowane wcześniej potrawy. Lysander służąc mi pomocą układał wszystko na stołach, tak by całość się pomieściła. Kastiel przy współpracy z Leo otworzyli butelkę czerwonego wina i nalał wszystkim prócz Rozalia, która dostała swoje bezalkoholowe.
   Kiedy każdy usiadł na swoim miejscu, ja podniosłam się że swojego i uniosłam kieliszek, czekając aż zrobi się cicho.
   - Zanim zaczniemy tę pyszną kolację, chciałabym wam wszystkim podziękować - zaczęłam, przyglądając się wszystkim znajomym. Wzrok zatrzymałam na Kentinie i Amber, którzy usiedli w najodleglejszym miejscu, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Uśmiechnęłam się do blondynki, po czym kontynuowałam. - Chciałabym wam podziękować za pomoc w przygotowaniu tego wszystkiego, ale również za to, że wszyscy przyszliście chcąc świętować razem ze mną i Kastielem ten cudowny wieczór. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak wiele dla mnie każdy z was znaczy - przerwałam na chwilę, czując jak zaczyna mi się łamać głos ze wzruszenia. Czułam się, jakbym znów zyskała wspaniałą rodzinę. - Chciałabym również życzyć wam wszystkiego dobrego w ten świąteczny okres, by już żadne zmartwienia i troski was nie nękały.
   Uniosłam ponownie kieliszek w otwarcie, a bliscy zawtórowali mi tym samym. Usiadłam i zaczęliśmy kolację, podczas której nie obyło się bez śmiechów, żartów i docinek. Każdy próbował nowych potraw, smakując każdej po trochę i chwaląc osoby, które je przygotowały. Co chwilę ktoś się o coś dopytywał, opowiadał o różnych anegdotach.
   Kiedy wszyscy się najedli, rozkładając wygodniej na krzesłach, a druga butelka wina zniknęła ze stołu pusta, nadszedł czas by rozpakować prezenty. Oczywiście zajął się tym Alexy robiąc z całej tej sytuacji teatralne przedstawienie. Rozłożyłam się wygodnie na kanapie, opierając głowę o ramię Kastiela, który leniwie przyglądał się poczynaniami niebieskowłosego.
   - A co my tu mamy...? - zapytał retoryczne wyciągając pierwszą paczkę spod drzewka. Od razu rozpoznałam w niej tą, którą pakowałam sama dla Lysandra. - Pan Lysander Watson we własnej osobie - ukłonił się nisko przed białowłosym, co ten skwitował to jedynie lekkim uśmiechem.
   Ostrożnie rozplątał wstążkę i delikatnie rozerwał kolorowy papier. W środku był obity skórą, gruby notatnik z ozdobnym piórem. Chłopak uśmiechnął się z zadowoleniem, głaszcząc miękką okładkę.
   - Następny w kolejce jest... - zawahał się, wyciągając jedno z większych pudeł. Poczułam, jak Kastiel porusza się lekko, a kiedy spojrzałam na niego, uśmiechał się z zadowoleniem. A więc to była jego paczka. - A nie, przepraszam. Nie następny, ale następna. Liwia, to dla ciebie.
   Zdziwiona spojrzałam na bruneta, ale ten uśmiechał się jedynie. Podekscytowana podeszłam do prezentu i drżącymi dłońmi rozerwałam papier. W środku było proste pudło z brązowego kartonu. Dokładają na bok kolorowe świstki, podniosłam wieko. Widząc futerał na gitarę, zamarłam z otwartymi ustami. Jeszcze bardziej drżącymi z nerwów rękoma otworzyłam etui. Wewnątrz na czerwonym aksamicie leżała lśniąca, śnieżnobiała gitara elektryczna. Jedynie gryf był wykonany z ciemnego drewna ze srebrnymi okuciami. Spojrzałam oniemiała na Kastiela, który wzruszył ramionami, uśmiechając się lewym kącikiem ust, wyraźnie zadowolony z siebie.
   - Wspominałaś kiedyś, że chciałabyś się nauczyć grać na gitarze, więc pomyślałem, że przyda ci się twoja własna.
   - Jesteś cudowny... - wyszeptałam wzruszona, powstrzymując łzy cisnące mi się do oczu.
   Przez kolejne pół godziny Alexy rozdawał wszystkim prezenty, cały czas zachowując tą pompatyczność. Rozalia otrzymała cały zestaw krawiecki z biżuteryjnymi ozdobami, prześliczną sukienkę, która idealnie pasowała do dużego, ciążowego brzuszka, ulubione perfumy od Diora oraz mnóstwo ubranek dla bliźniaczek. Alexy na widok skórzanego pejcza i puchatych kajdanek wybuchnął śmiechem, natomiast Nataniel spłonął rumieńcem, gdy niebieskowłosy dla żartów klepnął go w ramię. Gwen podekscytowana nowymi książkami nie zwracała uwagi na to, co dzieje się dookoła, zaczytana w pierwszym tomie. Armin przeglądał zbiór nowych gier komputerowych i dyskutował zażarcie z Mattem na ich temat.
   Gdy został ostatni, największy prezent wszyscy umilkli, przyglądając się Kastielowi, który zafascynowany otwierał paczkę. Nie mogłam się powstrzymać od szerokiego uśmiechu, kiedy na twarzy bruneta pojawiło się niedowierzanie. Z uwagą oglądał oryginalny wzmacniacz pod jego gitarę. Wzmacniacz, który był mu w tym momencie najbardziej potrzebny.
   - Nie wierzę... - wymruczał cicho, cały czas przyglądając się głośnikowi, nie mogąc uwierzyć, że ten stoi tuż przed nim. - Po prostu nie wierzę... Tyle kasy...
   - Co tam burczysz? - zapytała Millie, przysuwając się bliżej niego, żeby dosłyszeć. - Jak się coś nie podoba, to zawsze możemy zwrócić. Paragon jeszcze jest...
   - Chyba śnisz - Kastiel spojrzał na nią groźnym wzrokiem, obejmując wzmacniacz. Zaśmiałam się widząc tą scenkę. Zupełnie jak dzieci.
   - Co powiecie na mały spacer? - Gwen spojrzała się na wszystkich znad książki. - Przyda nam się trochę świeżego powietrza, może też spotkamy jakichś kolędników... Co wy na to?
   - Jestem jak najbardziej za - odezwał się Alexy, podnosząc się z podłogi, na której siedział podczas rozdawania prezentów.
   Cała reszta pokiwała głową i po kolei szliśmy na korytarz, żeby ubrać kurki i buty, a patrząc na ilość zebranych osób to trochę czasu to zajęło. Gdy już znaleźliśmy się przed domem, złapałam Kastiela pod ramię i ruszyliśmy za przyjaciółmi wzdłuż ośnieżonej drogi. Alexy ganiał między nami wszystkimi i zagadywał na różne tematy. Kiedy dotarliśmy do parku Kastiel dla żartu wrzucił go w zaspę, zaczęła się prawdziwa wojna. Oburzony Al zrobił ogromną śnieżkę i rzucił w bruneta, który automatycznie uchylił się. Niestety ja w tamtym momencie zagadałam się z Millie i nie zauważyłam lecącego w moją stronę śniegu. Dostałam centralnie w głowę, a rozpryśnięta kula poleciała na wszystkie strony, przez co brunetka również oberwała. Zaśmiałam się w głos, gdy przyjrzałam się dziewczynie. Roztopiony śnieg spływał jej po twarzy i z włosów, niszcząc misternie ułożoną fryzurę. Warknęła coś pod nosem i sama zaczęła rzucać śniegiem w resztę. Nawet Kentin, który tego wieczoru nie odzywał się zbyt często, wziął udział w bitwie śnieżnej. Rozalia i Amber schowały się za Leo, żeby samemu nie dostać i cicho podśmiewywały się z nas wszystkich. Mając serdecznie dość mokrej i zdecydowanie za zimnej zabawy, podeszłam do białowłosej przyjaciółki i biorąc z niej przykład, schowałam się za plecami jej męża.
   Po jakichś dziesięciu minutach reszcie także zrobiło się zimno i przerwali zabawę, pocierając i chuchając na zmarznięte dłonie. Podeszłam do Kastiela i śmiejąc się cicho na widok jego zaczerwienionych od zimna policzków i nosa, zaczęłam ściągać mu z włosów resztki śniegu. Chłopak objął mnie w pasie, pochylając się nade mną, potarł zimnym nosem o mój, a następnie złożył na moich ustach lekki pocałunek.
   Gdy zaczęło robić się naprawdę mroźnie i zaczął wiać wiatr, wróciliśmy wszyscy do mojego mieszkania. Ja od razu udałam się do kuchni, w dużym garnku zagotowałam mleko i zrobiłam gorące kakao. Nalałam każdemu do dużego kubka i zaniosłam do salonu. Wszyscy rozsiedli się wygodnie gdzie tylko się dało, a Matt zabierając pilota, włączył telewizję.
   - O! Kevin leci! - rzucił z radością, na co ja westchnęłam cicho, przewracając oczami.
   - Każdy oglądał to chyba z milion razy. Poszukaj czegoś innego - zaproponowałam, przynosząc jeszcze cynamonowe i orzechowe ciasteczka do podgryzania podczas filmu.
   - No i co z tego? - prychnął, wzruszając ramionami. - I tak się ogląda, nawet jeśli się to zna. Bez Kevina nie ma świąt!
   Uniosłam ręce do góry w wyrazie poddania się, zabrawszy poduszkę z kanapy usiadłam wygodnie na podłodze i zaczęłam oglądać film.
   Tuż przed jego końcem skończyły się wszystkie ciasteczka, a kakao zostało wypite. Rozalia spała oparta o ramię męża, a Gwen starała się uważać, chociaż i jej zamykały się oczy. Mi samej co chwilę się ziewało, nie byłam w stanie powstrzymać ogarniającego mnie zmęczenia. Niechętnie podniosłam się z poduszki i wyniosłam do kuchni wszystkie brudne kubki. Po moim wyjściu w salonie zaczął robić się ruch, każdy powoli wstawał, przeciągając się, żeby rozruszać zastałe kości. Półprzytomna Rozalia wstała przy pomocy Leo i zabierając swoje prezenty pożegnała się z nami i wyszła z mieszkania. Chwilę później pożegnała się z nami reszta przyjaciół, na zmianę dziękując za wspaniałe święta i ziewając.
   Zamknąwszy drzwi za Mattem, weszłam do kuchni i ledwo powstrzymałam jęk, gdy zauważyłam stertę brudnych naczyń leżących w zlewie. Nie miałam najmniejszej ochoty jeszcze zmywać tego wieczoru, ale niechętnie podwinęłam rękawy i zabrałam się za namydlanie pierwszych sztućców.
   Nim zdążyłam je normalnie umyć, poczułam jak Kastiel łapiąc mnie w pasie i pod kolanami, podnosi. Krzyknęłam zaskoczona, odkładając do zlewu gąbkę.
   - Ale ja muszę pozmywać! - zawołałam, starając się niczego nie ubrudzić pianą, którą miałam cały czas na rękach.
   - Jutro pozmywasz - mruknął, kompletnie nie wzruszony moimi słowami. - Sama się tym zajmiesz.
   Zaniósł mnie do pokoju, położył na łóżko i delikatnie pocałował. Oddałam pocałunek, starając się nie dotknąć go mokrymi dłońmi, ale gdy pogłębił pocałunek nie mogłam się powstrzymać i wplątałam palce w jego włosy, napawając się jego zapachem. Moment później dotarły do mnie jego słowa.
   - Co? Co to znaczy "sama się tym zajmiesz"? - oderwałam się od jego ust, patrząc na niego spod zmarszczonych brwi. - Mam rozumieć, że mi nie pomożesz?
   - Jesteś w tym zdecydowanie lepsza niż ja - uśmiechnął się drwiąco kącikiem ust.
   Zamknęłam oczy, próbując powstrzymać chęć mordu, jaka się we mnie zrodziła. Naprawdę nie wiem dlaczego i jak z nim wytrzymuje.

czwartek, 12 lipca 2018

~ Kolejny post informacyjny ~

Hej, cześć i czołem! 

Przybywam do Was z małą pogadanką, która dla niektórych może nie być zbyt miła. No, ale mówi się trudno.
Przychodzę, aby poinformować Was, że na jakiś czas opuszczam historię Liwii i Kastiela. 
Muszę odpocząć od tego opowiadania, ponieważ zaczęło męczyć mnie pisanie kolejnych rozdziałów i stało się to dla mnie ponurym obowiązkiem, który muszę spełnić w określonym czasie. Przestało sprawiać mi przyjemność wymyślanie kolejnych wydarzeń, co moim zdaniem wpłynęło na jakość moich tekstów, ponieważ mam wrażenie, że są sztywne i wymuszone.
Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie aż tak źli, jak mi się wydaje, ale jeśli mam skończyć jedną historię, muszę na razie od niej odpocząć, bo zaczęło się z tego wszystkiego robić coś jak "Moda na sukces". Dramaty, szczęście, miłość, jeszcze więcej dramatów... Aż się niedobrze mi robi od tego wszystkiego. 

 Jednakże nie zostawiam Was kompletnie z niczym do czytania, bo postanowiłam odświeżyć trochę głowę czymś innym i założyłam drugiego bloga, gdzie będą pojawiać się kilkunastu rozdziałowe opowiadania, również na podstawie słodkiego flirtu.
Jak na razie mam w głowie już pomysły na trzy krótkie opowiadania, ale jeśli ktoś ma jakieś specjalne życzenie co do tego z jakimi postaciami chciałby zobaczyć moje historie to gorąco zachęcam do pisania i informowania mnie o tym. Może na coś wpadnę i uda mi się stworzyć coś nowego.
Także już teraz zapraszam Was wszystkich na nowego bloga, który znajduje się pod tym adresem https://swiat-amorisowego-zametu.blogspot.com/ a już niedługo pojawi się pierwszy post! Serdecznie zapraszam. Mam nadzieję, że spodoba się Wam to tak samo mocno, jak to opowiadanie.

Do zobaczenia!