niedziela, 13 marca 2016

~ Rozdział 60 ~

Spojrzała na niego spod mocno zmarszczonych, w przypływie złości, brwi. Chłopak jedynie uśmiechnął  się lekko, nie odrywając wzroku od lodowatych, niebieskich tęczówek swojej dziewczyny. 
- Możesz mi powiedzieć, po co go wczoraj przyprowadziłeś? - zapytała z nieopisanym żalem w głosie. Była wściekła na chłopaka, ponieważ doskonale wiedziała o katuszach, jakie przeżywała jej przyjaciółka.
- Widzisz, skarbie - zaczął spokojnym tonem, unosząc jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu. Podszedł do czerwonowłosej i objął ją w pasie, po czym pochylił się do jej ucha i wyszeptał: - czasem i miłości trzeba trochę pomóc...


   - Co to, kurwa mać, miało być?! - krzyknęłam, nie panując już nad złością, zaraz po tym, jak Rozalia usiadła na miękkiej sofie.
   Byłam zła. Nie. Ja byłam wściekła, wkurwiona i, co najgorsze, odczuwałam swego rodzaju satysfakcję, a to irytowało mnie jeszcze bardziej.
   - Uspokój się - białowłosa, zmarszczyła brwi niezadowolona, spoglądając na mnie. - Nie miej do mnie o to pretensji, bo sama nic o tym nie wiedziałam.
   - Och, tak? - zapytałam ironicznie. - I chcesz mi powiedzieć, że Kastiel wprosił się do ciebie na urodziny?
   - Boże, Liwia! O co, ty, się wściekasz? - warknęła, rozzłoszczona. - Myślisz, że zrobiłabym ci coś takiego, szczególnie po tym, jak siedziałam przy tobie przez te pieprzone trzy miesiące i starałam się ciebie wyciągnąć z depresji? Przestań się na mnie wydzierać, bo to ci nic nie da. Nie miałam kompletnie pojęcia, że on się pojawi. To Lys go ze sobą zabrał.
   Spojrzałam na nią, otwarłszy szeroko usta ze zdziwienia. To chyba jakieś jaja...
   - No, co? To był jego pomysł, byście się spotkali u mnie - dziewczyna westchnęła przeciągle, przewracając oczami.
   - I ty, Brutusie, przeciwko mnie... - mruknęłam pod nosem, czując jak wszystkie emocje ze mnie ulatują, pozostawiając tylko pustkę.
   - Moim zdaniem powinnaś mu odpuścić - powiedziała, jakby od niechcenia, przypatrując się swoim wystylizowanym paznokciom. - Nie widzieliście się trzy lata, jesteście dorosłymi ludźmi. Powinniście darować sobie dziecinne złości.
   - O nie! - zaprzeczyłam od razu, unosząc dłonie w geście sprzeciwu. - Wystawił mnie, wyjechał, nie dawał żadnych znaków życia, a teraz zjawia się ni z tego, ni z owego i ja mam mu tak po prostu zapomnieć to wszystko? Mam tak zwyczajnie zacząć z nim rozmawiać?
   - Boże, Liwia! Ile tym masz lat, żeby się tyle czasu boczyć?! - krzyknęła rozjuszona Rozalia, a ja przeniosłam na nią przerażone spojrzenie. Dziewczyna bardzo rzadko podnosiła głos. - Jesteście małymi dziećmi, które nie odezwą się do siebie, dopóki jedno drugiego nie przeprosi? Rozumiem, że jesteś zła; sama bym była, ale to nie zmienia faktu, że jesteście dorosłymi ludźmi, więc zachowujcie się jak dorośli. To, co było w liceum, niech w nim pozostanie, po za tym sama nie byłaś święta - rzuciłam jej zaskoczone i wzburzone spojrzenie, ale ta nie zwróciła na nie uwagi. - No, co? Może mi jeszcze powiesz, że to nie ty przespałaś się z Kentinem? Że to nie ty wściekałaś się za każdym razem, gdy chciał z tobą porozmawiać? Może nie ty uciekłaś z płaczem, po tym jak uratował cię przed zbirami w parku?
Otwierałam już usta, żeby odpowiedzieć, jednak ta uciszyła mnie nagłym ruchem ręki. Tym razem jej głos był dużo spokojniejszy.
   - Nie chcę tego słuchać. Postąpisz, jak będziesz uważać. Ja wyraziłam tylko swoje zdanie, a teraz jeśli bym mogła prosić włącz jakiś film i przynieś lody, bo mam dzisiaj wszystkiego dość.
   Przez resztę dnia nie poruszałyśmy już więcej tematu Kastiela. Z jednej strony byłam wściekła na przyjaciółkę o fakt, że nie powiedziała mi nic o czerwonowłosym oraz o to, że naskoczyła na mnie krzycząc. Z drugiej jednak wiedziałam, że dziewczyna ma racje. Nie powinnam już więcej trzymać w sobie złości z czasów szkoły. Byliśmy wtedy dzieciakami i każdy popełnił jakieś błędy. Wciąż czułam ogromny żal do Kastiela. Nie mogłam się go pozbyć. Zranił mnie wtedy tak niewyobrażalnie, że niedługo po jego wyjeździe wpadłam w głęboką depresję. Dlaczego więc prześladowało mnie uczucie niejasnego szczęścia, gdy myślałam o jego powrocie?

   Weekend minął mi w miarę spokojnie. Większość czasu spędziłam z Rozalią i ciocią Tatianą przygotowując się do, zbliżającego się ogromnymi krokami, ślubu mojej opiekunki. Ciocia była zaskakująco spokojna, jednak ja wiedziałam, że to dopiero cisza przed burzą. Białowłosa zachowywała się identycznie. Zaledwie kilka dni przed cała ceremonią zaczęła panikować i miewać napady złości. Na szczęście minęło jej to bardzo szybko i teraz mogła cieszyć się wraz ze swoim mężem nadchodzącym, wspólnym życiem.
   Dopiero kiedy nadchodził wieczór i kładłam się do łóżka, zaczęły nachodzić mnie dziwne myśli. Turlałam się z jednego końca posłania na drugie, nie mogąc przestać myśleć o czerwonowłosym, którego teraz powinnam nazywać brunetem. Gryzłam się ze swoimi uczuciami, których po części kompletnie nie pojmowałam. Byłam wściekła, że bez słowa mnie opuścił i również bez słowa wpadł z butami do mojego poukładanego życia. Chciało mi się płakać, ponieważ wszystkie wspomnienia z nim związane wróciły i teraz przewijały się w mojej wyobraźni, jak w kalejdoskopie. Byłam też przerażona... Bałam się, że wszystko to, co ułożyłam sobie w spokoju zostanie teraz zburzone. Bałam się, że kiedy Kastiel dowie się, że jestem z Kenem wpadnie w szał i zrobi coś głupiego. Z drugiej strony, jednak, po co miałby to robić, skoro zdawał się nic do mnie nie czuć? Ale najbardziej się bałam tego, iż wszystkie uczucia, które udało mi się stłamsić i zepchnąć gdzieś na samo dno, powrócą. Że powrócą i po raz kolejny namieszają mi w głowie. Nie chciałam tego. Nie potrzebowałam. Byłam szczęśliwa ze swoim spokojnym i poukładanym życiem. Nie potrzebowałam w nim kolejnych rewelacji. Z takimi rozmyślaniami udało mi się w końcu zasnąć w połowie nocy.
   Następnego dnia obudziłam się w kiepskim humorze. Byłam kompletnie nie wyspana i bolały mnie wszystkie mięśnie od niewygodnej pozycji podczas snu. Ziewnęłam głośno, przeciągając się na posłaniu. Kilka dobrych minut poświęciłam na leżenie bez ruchu, po czym niechętnie podniosłam się i udałam do łazienki.
   Wszystko wydawało się być w porządku. Zjadłam porządne śniadanie, wypiłam dużą kawę, która od razu przepędziła wszelkie oznaki zmęczenia. I wszystko było w porządku dopóki nie opuściłam mieszkania. Przez większość drogi do pracy obyło się bez większych rewelacji. Niestety, kiedy byłam prawie pod budynkiem wydawnictwa zobaczyłam go. Stał przed wejściem, rozglądając się dookoła, jakby kogoś szukał.
   To mnie szukał...
   Zaklęłam soczyście pod nosem, zamykając oczy. Tego mi tu jeszcze brakowało, by mnie nachodził w pracy. Nie mogę mu się dać sprowokować. Co mówiła Rozalia? Żeby się pogodzić? Zobaczymy...
   Zaciskając szczęki, szłam dalej w kierunku firmy. Zrobiłam tylko krok w jego stronę, a ten od razu mnie zauważył i podszedł do mnie. Widząc jego zdeterminowany i lekko zagubiony wzrok, nie mogłam się powstrzymać. Zbyt wiele negatywnych uczuć tliło się we mnie od urodzin Rozalii.
   - Co ty tu, do cholery jasnej, robisz? - syknęłam w jego stronę, ostrożnie podchodząc. Zobaczyłam, że drgnął lekko, jakby zszokowany moją reakcją, ale szybko się opanował.
   - Chcę porozmawiać - odparł, wbijając we mnie, uporczywie domagające się jakiegoś kontaktu, oczy.
   - Nie mamy o czym - zbyłam go, kierując się w stronę wejścia do wydawnictwa.
   - Proszę tylko o małą rozmowę, czy to tak wiele? - zapytał z żalem w głosie. Poczułam jak coś delikatnie drgnęło w moim sercu, lecz szybko pozbyłam się tego uczucia.
   - Nie mamy o czym - powtórzyłam twardym głosem, ponownie zwracając na niego wzrok. - Wyjechałeś, zniknąłeś z mojego życia i niech to tak pozostanie.
   Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, wkroczyłam pewnym krokiem do budynku. Zapowiadał się naprawdę nieciekawy dzień.
   Przez większość pobytu w pracy byłam pogrążona w rozmyślaniach o Kastielu. Nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby coś takiego się jeszcze raz powtórzyło. Nie teraz.
   To prawda, kochałam go. Był dla mnie całym światem, który postanowił sobie wyjechać. Teraz już nie było dla niego miejsca. Mimo to, wciąż nie dawało mi spokoju to drgnięcie w sercu, gdy słyszałam jego głos. Znów mogłam go słyszeć... Znów mogłam poczuć jego oszałamiający zapach. Znów był blisko mnie...
   - Liwia, wszystko w porządku? - usłyszałam obok siebie, zmartwiony głos mojego mężczyzny.
   - Co? - spojrzałam na niego zdezorientowana, wyrwana ze swoich rozmyślań. - Taak...Wszystko okej.
   Uśmiechnęłam się do niego nieco wymuszenie, ale miałam nadzieję, że chłopak tego nie zauważył. Moje weekendowe postanowienie o tym, że nie będę myśleć o Kastielu poszło się, kolokwialnie rzecz ujmując, jebać. Nie miałam zielonego pojęcia, co sprawiało, że znów zajmował każdą moją najmniejszą myśl i chwilę. Na niczym nie potrafiłam się skupić, co moment wspominając nasze początki znajomości i próby podejścia do siebie, które skończyły się małą katastrofą. Czułam się podle myśląc o gitarzyście, gdy byłam z Kentinem. Miałam wrażenie, że to tak, jakbym go zdradzała. Jednakże nie chciałam mu nic wspominać o mojej pierwszej miłości. Kentin nigdy za nim nie przepadał i prawie doszło do tego, że gdy załamałam się na dobre, chciał wynająć detektywa, by odszukał Kastiela. Na szczęście Gwen i Rozalia skutecznie go powstrzymały. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby szatyn się dowiedział o jego powrocie. Zagryzłam wargę, potrząsając lekko głową, chcąc odgonić natrętne myśli. Na razie musiałam się skupić na tym, co było teraz, dopiero później się przejmować powracającą przeszłością.
   Spojrzałam się na ukochanego, po czym przyciągnęłam go do głębokiego pocałunku. Przyjemne mrowienie motylków w brzuchu, skutecznie odgoniły Kastiela z moich myśli. Zamruczałam cicho z przyjemności, gdy silne ramiona chłopaka otoczyły mnie, mocno przytulając. Kentin był wspaniały, dawał mi otuchę i bezpieczeństwo, którego tak pragnęłam przez te lata.
   Razem wróciliśmy do mojego mieszkania, zjedliśmy przepyszną kolację, przyrządzoną przez szatyna, a później wzięliśmy długą, relaksującą kąpiel, podczas której nie obyło się bez wspólnych pieszczot i czułości. Opierając się o szeroką, umięśnioną klatkę piersiową Kentina, czułam się naprawdę szczęśliwa. Byłam świadoma, że to jego potrzebowałam, i że to on o mnie zawsze dbał. Westchnęłam cicho, rozluźniając się pod dotykiem sprawnych dłoni kochanka na moich spiętych ramionach. Przejmowanie się nie jest dobre. Trzeba cieszyć się tym, co się ma, bo najważniejsze jest dzisiaj.

piątek, 4 marca 2016

~ !! Rozdział 59 !! ~

Witajcie moi kochani! 
Tak. Dzisiaj jest już rozdział! Sama jestem w szoku, że udało mi się go skończyć w tak krótkim czasie. Czasami siebie nie rozumiem. Raz rozdziały kończę w przeciągu max 4 dni, a czasami nie mogę się zebrać przez półtora tygodnia, by naskrobać coś sensownego. Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie bardzo źli, za to niesystematyczne dodawanie notek, ale ja nic nie poradzę na brak czasu i czasami chęci oraz weny. 
No, ale dość gadania. Przed wami kolejny rozdział! I to się liczy. W tej części opowiadania jest coś w ramach przeprosin(?) za ostatni "brak namiętnych seksów". Liczę, że to was udobrucha. 
Żeby nie przedłużać chciałabym z całego serca przeprosić Liadan Laren i Lenę Rozalię Król, za brak komentarzy pod notkami. Przez ostatni brak czasu jestem z kilkoma notkami do tyłu i muszę to sobie na spokojnie nadrobić. Mam nadzieję, że nie jesteście bardzo na mnie złe i obiecuję poprawę, gdy tylko znajdę wolną chwilę.
Dość gadania. 
Bierzcie i cieszcie się z tego wszyscy! 
ENYOJ ♥
 Przepraszam za ewentualne błędy.
 ~~~~~~~~~~~~~ » . ∞ . « ~~~~~~~~~~~~~

   Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że dałem się naciągnąć na te pochrzanione urodziny. Jednak Lysander truł mi dupę od ponad tygodnia. Twierdził, że to najlepsza okazja, by „pokazać” się znajomym po takim czasie. Mówiłem mu, że to głupota, ale kiedy powiedział, że ona tam będzie, wszystkie argumenty na nie, wyparowały z mojej głowy.
   Przez całą imprezę siedziałem gdzieś z tyłu, nie chcąc się rzucać w oczy.
   Jasne. Tak sobie wmawiałem. Tak naprawdę chciałem bezwstydnie móc szukać jej w tłumie.
   Na początku nie działo się nic niezwykłego. Banda ludzi wpadała, składała życzenia, rozmawiała ze sobą. Kilka razy podchodził do mnie jeden z bliźniaków, chyba Alexy, proponując drinka. Na początku odmawiałem. Chciałem być całkowicie trzeźwy, kiedy w końcu ją zobaczę, ale po upływie jakiejś półtorej godziny, zdecydowałem się na coś mocniejszego od coli. Gdy wypiłem cały procentowy napój, a jej ciągle nie było, zacząłem się denerwować i wkurzony zgarnąłem Lysa.
   - Ona na pewno będzie? - zapytałem poddenerwowany, nie mogąc opanować niepokoju.
   - Ale ona już jest - stwierdził ze spokojem wypisanym na twarzy.
   Spojrzałem się na niego jak na debila i po raz kolejny zacząłem się rozglądać. Nigdzie nie mogłem dostrzec jej słodkiej buźki.
   - Nie leć w chuja. Jej tu nie ma - żachnąłem się, patrząc na kumpla zrezygnowany.
   - Na sto procent jest - odpowiedział pewnie, a jego wzrok powędrował w stronę drzwi od kuchni.
   Sam spojrzałem w tamtą stronę, z nadzieją w sercu, jednak dostrzegłem tylko tego niebieskowłosego bliźniaka z jakąś dziewczyną. Phie. Nie byle jaką dziewczyną. Co prawda była niskiego wzrostu, ale nadrabiała to sandałami na wysokiej szpilce, a jej kształtne ciało opinała prosta, lecz niesamowicie seksowna czerwona sukienka, kończąca się w połowie uda. Nie mogłem oderwać od niej wzroku, czując jak ciśnienie mi skacze.
   Oblizałem nerwowo wargi i wyszedłem na zewnątrz zapalić fajkę. Byłem poddenerwowany tym, że ciągle jej nie było. Ale Lys mówił, że ona tu jest. Tylko gdzie?
   Odrzucając wypalonego peta, którego zgasiłem ciężkim glanem, wróciłem do mieszkania Roz. Przez moment stałem zdezorientowany w korytarzu, nie widząc nikogo. Dopiero po chwili zorientowałem się, że wszyscy zebrali się w salonie. Zacząłem się powoli kierować w tamtą stronę, kiedy nagle poczułem, że ktoś na mnie wpada. W ostatniej chwili złapałem drobne, ale kobiece ciałko.
   - Uważaj maleńka - nie mogłem się powstrzymać od uwagi, patrząc na dziewczynę w czerwonej sukience.
   Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że unikała mojego spojrzenia. Jakby się czegoś bała. Jednak w końcu spojrzała na mnie, ale to nie było to spojrzenie, jakiego bym się spodziewał. Jej wzrok był tak lodowaty, że mimowolnie poczułem ciarki na plecach.
   - Dzięki - powiedziała oschle i zaraz zniknęła za drzwiami łazienki.
   Jakieś nienormalne przeczucie mówiło mi, że znam tą dziewczynę, że jest to ktoś mi bliski, ale ni chuja nie mogłem sobie jej z kimś skojarzyć. Totalna pustka. Miałem dziwne uczucie, że odpowiedź jest beznadziejnie prosta i doskonale ją znam, ale nie chciała mi się przebyć do świadomości. Stałem cały czas w tym samym miejscu, bijąc się z myślami.
   Trzask drzwi, wyrwał mnie z zamyślenia. To znów była ta dziewczyna. Przyjrzałem się jej dokładnie i po chwili dostrzegłem niewielki wisiorek z zielonym perydotytem w kształcie serca. Zamarłem, wpatrując się cały czas w blondynkę. To nie możliwe, by to była ona...
   To... to ona. Naprawdę ona...
   Zmieniła się nie do poznania. Ścięła włosy i bardzo wydoroślała. Teraz stała przede mną młoda kobieta, a nie ledwo wyrośnięta dziewczynka.
   Stałem oniemiały, nie będąc w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu, a ona po prostu wyszła, nie oglądając się za siebie.
   Nie siedziałem już dłużej na imprezie. Przeprosiłem Lysa i resztę towarzystwa i zabrałem się zaraz po jej wyjściu.
   Wiedziałem, że nie mam na co liczyć po tych trzech latach, że będzie na mnie wściekła, że prawdopodobnie o mnie już zapomni. Wiedziałem to. Byłem tego w pełni świadomy, jednak nie mogłem pojąc dlaczego to tak bolało...

   Całowałem ją. Pierwszy raz od jej urodzin. Po raz drugi mogłem poczuć smak jej słodkich ust. Były tak rozkosznie miękkie...
   Sunąłem dłońmi po jej kobiecym, prawie nagim ciele, okrytym jedynie skromną bielizną. Jej aksamitna skóra przepięknie pachniała grejpfrutem i winogronem. Chciałem jej smakować. Chciałem poczuć jej słodki, upajający smak. Czułem pod palcami, rysujące się pod skórą, żebra oraz jej wyraźnie zaznaczającą się kość biodrową. Delikatnie zacisnąłem na niej place, a kiedy usłyszałem boskie westchnienie, wyrwane z jej warg, myślałem, że się rozpłynę.
   W końcu była moja. Tylko moja. Miałem ją na własność, tylko dla siebie. Nie liczyło się nic oprócz jej ostrych pazurków, które wbijała mi w plecy. Uwielbiałem jak tak robiła. Kiedy nasza skóra stykała się raz, po raz przechodziły mnie niekontrolowane dreszcze przyjemności.
   Zjechałem ustami na jej miękki policzek, a następnie kierując się linią żuchwy w stronę delikatnej szyi, tam gdzie zapach był najintensywniejszy. Tam, gdzie przebijające się przez skórę żyły ukazywały przyspieszone z podniecenia tętno. Starałem się całować ją delikatnie, jednak kolejne westchnienia przyjemności rozbudzały we mnie nieznane dotąd żądze. Nie mogłem się powstrzymać i podgryzałem lekko szyję, ssałem skórę, pozostawiając na niej czerwone ślady. Liwia wiła się pode mną błagając o więcej. Sunąłem ustami dalej, po jej obojczyku, który z każdym głęboki wdechem uwydatniał się jeszcze bardziej. Była taka delikatna, ale podniecenie i pożądanie jakie od niej biło, było powalające. Zszedłem jeszcze niżej, natrafiając na jej dorodne, jędrne piersi, ukryte za seksownym koronkowym, czarnym stanikiem. Nie zastanawiając się dłużej, pozbyłem się go. Zacząłem pieścić je dłońmi, lekko drażniąc sterczące sutki kciukami. Słysząc rozkoszny jęk, kontynuowałem pieszczoty. Najpierw przejechałem po jednej piersi językiem, na co ta zareagowała cichym westchnieniem. Zachęcony jeszcze bardziej, wziąłem drobniutki sutek w usta i zacząłem ssać. Dziewczyna zaczęła wić się pode mną, błagając o więcej pieszczot. Dotykiem ust zaszczyciłem jeszcze drugą pierś, by zaraz po niej rozpocząć dalszą wędrówkę po jej prawie nagim ciele. Kreśląc wilgotne ślady językiem po napiętym brzuchu, dotarłem do linii majteczek. Gładząc dłońmi wzdłuż talii, trafiłem na biodra, które zacząłem powoli pieścić długimi palcami. Nieśpiesznie pozbyłem się jej bielizny, odkrywając najintymniejszą część ciała. Zacząłem lekko muskać ustami jej gładziutki wzgórek, podążając do dalszej części, proszącej się o uwagę i pieszczotę. Wędrując rękoma po miękkich udach, rozsunąłem je powoli, ukazując jej intymność. Zbliżyłem usta do jej skarbu, powoli zaczynając pieszczotę. Smakowałem jej soczków językiem, co jakiś czas drażniąc najwrażliwsze miejsce. Z warg dziewczyny co chwilę wydobywały się jęki rozkoszy, co jeszcze bardziej mnie pobudzało. Po raz ostatni zlizałem z niej soczki, wpijając się całą mocą w muszelkę. Blondynka jęknęła zaskoczona, ale ja nie przestawałem swojej pieszczoty. Smakowała tak bosko, że nie chciałem tego przerywać. Działała na mnie jak ambrozja, jak najbardziej uzależniający narkotyk.
   Gdy uniosłem wzrok, moim oczom ukazał się niesamowicie podniecający widok. Miała zaróżowione policzki, a spod pół przymkniętych powiek, błyskały się zamglone oczy. Widziałem jak bezwiednie zagryza wargę, by powstrzymać się do jęków. 
   Miałem na nią ogromną ochotę. Chciałem ją już. Tu i teraz. 
   Podniosłem się, wbijając w nią intensywny wzrok. Dziewczyna zarumieniła się jeszcze bardziej, figlarnie zagryzając dolną wargę. Jej roziskrzone spojrzenie, spoglądało spod długich ciemnych rzęs. Zbliżyłem usta do jej, ale nie za blisko. Chciałem, by to ona mnie pocałowała. Blondynka, jakby czytając mi w myślach złączyła nasze wargi w namiętnym pocałunku. Nasze gorące języki przeplatały się w dzikim tańcu podniecenia. Oddechy stawały się coraz płytsze, a dłonie chaotycznie błądziły po wszelkich zakamarkach ciała. Wiedziałem, że mnie pragnie, że chce bym ją wziął, ale drażniłem się z nią i czekałem na jej prośbę. Wiła się pode mną, jak dzika kotka, co chwilę ocierając się swoją muszelką o mojego nabrzmiałego i gotowego penisa, co doprowadzało mnie do szału, ale wciąż czekałem. Mimowolnie otarłem się czubkiem przyrodzenia o jej wrażliwą łechtaczkę, a do moich uszu dobiegł przyjemny jęk. Popatrzyłem na nią, unosząc jedną brew ku górze, w pytającym geście. 
   - Weź mnie... - wyszeptała, na granicy pożądania. 
   Nie zwlekając ani chwili dłużej, wszedłem w nią powoli, rozkoszując się błogim ciepłem jej ciasnego wnętrza. Kolejny jęk wydobywający się z gardła sprawił, że automatycznie zadrżałem. Potęgowało to także, wbijające mi się w plecy paznokcie dziewczyny. Nieśpiesznie zacząłem poruszać się w jej gorącej pochwie, słysząc ciche pojękiwania i westchnienia przyjemności. Po chwili jednak nie mogłem się opanować i zacząłem coraz szybciej i gwałtowniej wbijać się w jej wnętrze. 
   Było mi tak błogo... Jak z żadną inną dziewczyną. Ona była wyjątkowa, nie tylko pod względem seksualnym. 
   Coraz bardziej rosnące podniecenie, powodowało coraz silniejsze ruchy moich bioder. Jęknąłem przeciągle, gdy oplotła mnie swoimi zgrabnymi udami i przyciągnęła jeszcze bliżej. Czułem raz, po raz zaciskające się jej mięśnie na moim penisie. To było coś niesamowitego. Przywarłem do jej ust w chaotycznym, pełnym pożądania pocałunku. Ona zaś przeciągnęła paznokciami po moich plecach, na skutek czego wbiłem się w ciasne ciało jeszcze mocniej. W pomieszczeniu słychać było tylko odgłos zderzających się ze sobą naszych ciał i szybkie oddechy, przeplatane jękami rozkoszy. Z każdym kolejnym pchnięciem wyczuwałem, jak robi się jeszcze bardziej ciasna. Nie panując nad żądzą, przyspieszałem swoje ruchy, łapczywie całując jej szyję. 
   - Kastiel... - wyjęczała mi wprost do ucha, a ja nie mogłem powstrzymać się od jęku. Moje imię tak miękko brzmiało, gdy ona je wypowiadała... - Kastiel. 
   Kolejne jęknięcie i mocne wejście w jej rozpalone wnętrze.
   - Kastiel!
   Coś nie pasowało mi w tym zawołaniu, aczkolwiek byłem tak zamroczony rozkoszą, że nie zwracałem na to uwagi. Po chwili dobiegło mnie jeszcze jedno zawołanie, ale to nie miało nic wspólnego z Liwią. Dodatkowo silne szarpnięcie za ramię, które nagle wyrwało mnie z tej nieopisanej przyjemności. 

   Otworzyłem gwałtownie oczy, nie mogąc się zorientować gdzie jestem. Cały czas czułem ogromne podniecenie, więc zaledwie po chwili dotarło do mnie, że leżę we własnym pokoju i podświadomie, w czasie snu zaspokajałem się ręką.
   - No, w końcu się obudziłeś! - błyskawicznie przeniosłem zdezorientowany wzrok na osobę, stojącą przy moim łóżku.
   Widząc Lysandra z lekko zmarszczonymi, w wyrazie zdenerwowania, brwiami, prędko wyciągnąłem rękę z lekko wilgotnych bokserek.
   - Co ty, tu, kurwa mać, robisz? - warknąłem w jego stronę, nie mogąc opanować złości. Jakim, kurwa, prawem wyrywał mnie ze snu?!
   - Darłeś się jak popieprzony. Myślałem, że coś ci się stało - powiedział spokojnie. Względnie spokojnie. Znając go od małego, potrafiłem dostrzec każdy, najmniejszy ruch na jego twarzy i tym razem nie umknęło mi lekkie drgnięcie kącika ust.
   - Ja cię kiedyś zabiję! - prawie krzyknąłem sfrustrowany, zrywając się do łazienki.
   Byłem tak wściekły na kumpla, że całe podniecenie związane ze snem, wyparowało ze mnie, pozostawiając uczucie niedosytu. Nosz, kurwa mać!