Krótkie, długo musieliście na to czekać, także na wstępie przepraszam najmocniej, ale wena odmawia mi posłuszeństwa. Za bardzo zapuszcza się w rejony moich marzeń o kolejnym opowiadanku. Ale już jest. Mam nadzieję, że się spodoba.
Dla wszystkich fanów ostrzejszej muzyki ♥
Cały weekend minął mi jakbym była w transie. Wszystko robiłam automatycznie, machinalnie nie zastanawiając się głębiej nad czynami. Czułam się jakbym trafiła do alternatywnej rzeczywistości i pomimo względnie identycznego wyglądu, nic w niej nie było takie samo. Nie mogłam przeboleć tej wiadomości od Rozalii. Przez cały czas nie mogłam uwierzyć w to, co zrobił mi Kentin. Za każdym razem, gdy o tym pomyślałam, zbierało mi się na płacz. Miałam ochotę rozpieprzyć wszystko, co nawinęło mi się pod ręce. Całe szczęście, że Millie była cały czas przy mnie, bo nie wiedziałam w jakim stanie skończyłby apartament i ja. Wiedziałam, że chciała coś powiedzieć na ten temat, ale za każdym razem, gdy patrzyła na moją żałosną, załamaną osobę, wzdychała cicho i starała się odciągnąć moją uwagę od ponurych myśli. W takiej, prawie że stagnacji przetrwałam całą sobotę.
Niedziela zapowiadała się bardzo podobnie. Wstałam rano, koło godziny dziewiątej, niemrawo się wykąpałam, a następnie powolnym krokiem udałam się do kuchni, żeby zaparzyć kawę i zrobić śniadanie. Millie została na noc, bo jak powiedziała „nie mogła mnie zostawić w takim stanie samą. Jeszcze zrobiłabym coś głupiego”. A i owszem. Przeszły mi przez myśl głupie pomysły. W pierwszej chwili chciałam otworzyć okno i rzucić się z siódmego piętra wieżowca, jednak po dłuższym zastawieniu stwierdziłam, że większą satysfakcję sprawiłby mi widok zdziwionego Kentina, gdybym wpadła do niego i robiłabym mu awanturę. Kolejną pomysłem była chęć pojechania do Kastiela i rzucenie się na niego w konkretnym celu. Aczkolwiek, po przemyśleniu sprawy, doszłam do wniosku, że to nie ułatwiłoby sprawy pomiędzy nami, a skomplikowałoby ją jeszcze bardziej. Tak więc niedziela nie zapowiadała się w żaden sposób jakoś wyjątkowo. Wstać, przeegzystować, ogarnąć dupę i nie zrobić nic głupiego, pójść spać i następnego dnia wstać rano do pracy. Oczywiście w tym wszystkim istniał mały kruczek w postaci mojej upierdliwej i złośliwej koleżanki z pracy, która próbowała mnie doprowadzić do emocjonalnego ładu i składu. Jednak tego, co zdarzyło się zaraz po zjedzonym śniadaniu, nie spodziewałabym się nigdy w życiu.
Chciałam właśnie zasiąść przed telewizorem, gdy zadzwonił hotelowy telefon. Zdziwiłam się, ponieważ w niedzielę poczta nie przychodziła, a ja nie spodziewałam się niczyjej wizyty.
- Halo? - powiedziałam do podniesionej słuchawki, marszcząc brwi.
- Dzień dobry panienko Miko - odezwał się miły, aczkolwiek teraz lekko poddenerwowany portier. - Proszę o wybaczenie, że panience przeszkadzam, jednakże przyszła pewna kobieta, która domaga się bym powiedział jej gdzie panienka ma lokum i ją wpuścił - odchrząknął widocznie zmieszany.
- Proszę wpuścić - odparłam, wzruszając ramionami. Morderca czy też terrorysta raczej to nie był, poza tym nie byłam sama.
Niecałe pięć minut po tej dziwnej rozmowie z portierem przekonałam się, że pomyliłam się co do terrorysty. To był terrorysta, mój prywatny zamachowiec, a konkretnie Rozalia Watson, z domu Gray we własnej osobie.
- Dzieńdoberek moja mordko! - drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, a w progu stanęła rozpromieniona białowłosa. Miała szeroko rozłożone ręce, jakby chciała wszystko naraz objąć, ale gdy zobaczyła w jakim stanie jestem, od razu spoważniała. - Chryste panie! Jak ty wyglądasz?!
- To samo jej mówiłam... - odezwała się z przekąsem Millie, stając obok mnie w niewielkim korytarzyku. - Bardzo miło cię poznać, Milicenta Sharon, ale mów mi Millie.
- Rozalia Watson, mi również jest miło cię poznać - przyjaciółka uścisnęła dziewczynie dłoń, po czym jeszcze raz na mnie spojrzała. - Wiedziałam, że tak będzie, jak ci o wszystkim powiem. To nie był dobry pomysł.
- Och, super! - warknęłam patrząc na przyjaciółkę z wyrzutem. - Czyli zamierzaliście to przede mną ukrywać, tak? I co? Kiedy miałabym się dowiedzieć? Za pół roku, jak wróciłabym w końcu do Ione i zobaczyłabym tą jakże uroczą rodzinkę?
- To nie tak. I przestań się bulwersować - przystopowała mnie Millie. - Daj jej dokończyć, a nie się z mordą od razu rzucasz.
Dziewczyny zaprowadziły mnie do salonu, usadziły w fotelu, a same usiadły na kanapie naprzeciwko mnie. Łypałam na nie wilkiem. Obie się zaprzysięgły przeciwko mnie.
- Liwia... Posłuchaj mnie. Może teraz i będę wredna, ale chcę ci coś ważnego powiedzieć. Kentin to największy prostak jakiego widziały moje oczy - zaczęła, przyglądając się mojej reakcji. Kiwnęłam głową, przyswoiwszy informację. Nie pierwszy raz już to słyszę. - Byłaś z nim szczęśliwa, więc się nie odzywałam. Podniósł cię na duchu, kiedy Kastiel wyjechał, wspierał cię i w ogóle troszczył się o ciebie. Jednakże już w liceum wydawał mi się dziwny. Niby cię tak szalenie kochał, że przyjechał do ciebie po śmierci rodziców...
- Przeniósł się do Ione, bo musiał - poprawiłam ją automatycznie, przypominając sobie naszą rozmowę pod liceum. - To nie był jego wybór...
- Widzisz?! Tylko potwierdzasz nasze słowa - wtrąciła się brunetka, uśmiechając się tryumfalnie. Jęknęłam cicho w duchu, przeczuwając co się święci.
- No, właśnie. Niby cię kochał, a zaraz po przyjeździe do Ione w ogóle cię nie szukał, warczał na ciebie, traktował jak powietrze i dodatkowo, gdy zapytałaś się co się u niego działo, to zrobił ci awanturę na pół ulicy, że to ty go olałaś.
- Nie odzywałam się do niego ponad cztery miesiące...
- A on, to co? Nie potrafił się pierwszy odezwać? Po co, najlepiej od razu fochem jebnąć - prychnęła oburzona Millie, patrząc na mnie z politowaniem.
- Liwia... Zrozum, że staramy się pokazać ci, że Kentin nie jest takim aniołkiem, jakim się wydaje - powiedziała spokojnie Rozalia, pochylając się w moją stronę, łapiąc mnie za dłonie.
Spojrzałam na przyjaciółkę i poczułam jak w moich oczach zbierają się łzy. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że obie mają rację, jednakże nie potrafiłam spojrzeć na Kena, jak na kogoś złego. Zawsze widziałam go jako uroczego chłopczyka, z którym bawiłam się codziennie na podwórku. To było wręcz niemożliwe, by chłopak aż tak się zmienił... Jednak to się stało...
- Cii... Nie płacz kochana... - Zostałam otoczona ramionami przyjaciółki, w które wtuliłam się, cicho łkając. To było zbyt wiele na raz. - Wszystko się ułoży... Ciiii...
Chciałam w to wierzyć. Naprawdę chciałam, aczkolwiek po tym co stało się w ostatnie dwa dni, nie byłam pewna niczego. Wszystko to, co zdawało się być najbardziej stabilne w moim życiu runęło jak domek z kart, zabierając mi jakąkolwiek podporę. Znów czułam się jak zagubiona dziewczynka, która straciła matkę.
~~~~~~~~~~~~~ » . ૪ . « ~~~~~~~~~~~~~
- Myślisz, że na pewno dobrze zrobiłem? - zapytałem Lysandra po raz setny tego dnia.
Przyjechał razem z Gwen i Rozalią, która poszła od razu do niej. Coś się stało, ale żadne z nich nie chciało mi nic powiedzieć. Co jest strasznie frustrujące.
Patrzył na mnie z lekkim uśmiechem na ustach, ale nic nie odpowiadał. Jak z resztą od początku. Gwen też za każdym razem zmieniała temat. Jakby, kurwa, ciężko im było odpowiedzieć zwykłym „tak” albo „nie”. Ale najwyraźniej było ciężko, bo patrzyli się tylko na nie i uśmiechali jak pojebani.
- Nie oczekuję długiej wypowiedzi - warknąłem w końcu, nie mogąc wytrzymać ich milczenia. - Wystarczy zwykłe „tak” albo „nie”.
- Nie odpowiem ci - przyznała w końcu kuzynka, a ja się spojrzałem na nią jak na wariatkę.
- Co?
- Nie odpowiem ci, bo zasypiesz nas kolejnymi bezsensownymi pytaniami - stwierdziła, wzruszając ramionami.
- Co? - zapytałem ponownie, nie chwytając nic z tego co ona mówi.
- No tak. Odpowiem tak, to się zacznie: „ale czy na pewno”, „a co jeśli jednak ją czymś uraziłem” i milion pięćset podobnych pytań. A jak odpowiem nie, to będzie „dlaczego tak uważasz”, „przecież nie zrobiłem nic złego”, „boże, a co jeśli jednak się na mnie obraziła i się więcej nie odezwie”... - przewróciła oczami, wzdychając cicho. - Chce tego uniknąć. Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym.
- Co się stało, że tu jesteście? - zadałem kolejne nurtujące mnie pytanie, ignorując całkowicie, wcześniejszą wypowiedź kuzynki. Wcale tak nie robiłem!
- Rozalia chciała odwiedzić Liwię, więc zabraliśmy się z nią - odpowiedział spokojnie Lysander, patrząc mi w oczy.
- A dlaczego Rozalia chciała odwiedzić Liwię?
- Wczoraj z ich rozmowy wynikło coś, co muszą ze sobą wyjaśnić - stwierdził enigmatycznie białowłosy, przytulając Gwen.
- Co to było? - dopytałem, wpatrując się w dwójkę siedzącą na mojej kanapie.
Widziałem, jak czerwonowłosa otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale nim zdążyła wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, przerwał jej Lys.
- Nie. - Oboje popatrzeliśmy się na niego zdziwieni. - Jeśli chcesz się tego dowiedzieć, musisz sam zapytać Liwii. Jak będzie chciała odpowiedzieć, to odpowie. Ta informacja dotyczy jej samej, więc to ona musi ci o tym powiedzieć.
- Nosz kurwa mać! - krzyknąłem, podnosząc się z miejsca. Przez tą popieprzoną dwójkę miałem jeszcze większy mętlik w głowie. - Jesteś moim przyjacielem, czy nie?!
- Jestem, ale to jest prywatna sprawa Liwii, więc jeśli chcesz ją poznać, musisz zapytać się o nią jej samej.
- Jak mam to, kurwa, zrobić, kiedy ona tak po prostu wyszła z mojego mieszkania i nawet się nie odezwałam od tamtej pory! - wczepiłem palce w przydługie już włosy, czując jak frustracja rozsadza mnie od środka. - Mam tak po prostu do niej podejść?! Teraz, gdy nie jestem niczego pewien? Wcześniej chociaż wiedziałem, że mnie nie znosi, a teraz to już sam niczego nie rozumiem...
Westchnąłem ciężko, opadając na fotel. Czułem się jeszcze bardziej rozjebany emocjonalnie niż w momencie, gdy wsiadałem na motor i odjeżdżałem stamtąd. Wcześniej bałem się zrobić jakikolwiek ruch ze strachu, że ją zranię, ale teraz nie mam pojęcia co robić z kompletnej niewiedzy o uczuciach i myślach Liwii. Nie chciałem tego rozpieprzyć jeszcze bardziej. Szczególnie teraz, gdy udało nam się nawiązać jakąś nić porozumienia.
Stąpałem po naprawdę cienkim lodzie...

