poniedziałek, 28 marca 2016

~ Rozdział 63 ~

What I need is somebody who really cares
I really need a lover who wants to be there
It’s been so long since I touched a wanting hand
I can’t put my love on the line, that I hope you’ll understand*

~ Sam Feldt - Show Me Love

   Rozglądałam się dookoła, starając się rozpoznać miejsce, w którym byłam, ale nic nie przychodziło mi na myśl. Było tu... Właśnie. Jak tu było? Z jednej strony, było tu pusto, ale z drugiej, nie miałam odczucia pustki i bezkresu. Niby było jasno, ale nic nie raziło mnie w oczy. Nie było też ciemno. Miałam wrażenie, że było ciepło, ale nie przeraźliwe gorąco. Nie odczuwałam także chłodu. 
   Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie jestem, ani co się dzieje. Zagryzłam wargę, czując coraz większy stres. Obracałam się dookoła własnej osi, szukając czegoś, co pomogłoby mi zorientować się w tej dziwnej sytuacji. 
   Nagle dostrzegłam postać zbliżającą się z naprzeciwka. Była ubrana w lekkie, jasne szaty, swobodnie układające się na jej ciele. Z każdym jej krokiem dostrzegałam coraz więcej szczegółów, a gdy była niedaleko mnie dostrzegłam, że to moja mama. Stanęłam oniemiała, wpatrując się w kobietę. Wszystko wyglądało tak realnie. Jej piękne jasne włosy, opadające na ramiona. Jej ciepłe spojrzenie. Ten niewielki pieprzyk na policzku, który tak bardzo przykuwał moją uwagę. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak zapamiętałam z dzieciństwa. Nawet subtelny zapach jej perfum był dokładnie taki sam. Nie mogłam uwierzyć, że stała przede mną na wyciągnięcie ręki.
   - Mama... - szepnęłam, wyciągając do niej rękę, by sprawdzić, czy jest prawdziwa.
   - Liwa. Co tu robisz? - spojrzała się na mnie zdziwiona, po czym machnęła obiema dłońmi, jakby chciała mnie przegonić. - Wracaj do siebie. Jeszcze nie czas na ciebie...

   Czułam się strasznie. Jakby ktoś przemielił mnie przez maszynkę do mięsa o drobnych oczkach, a następnie przepuścił dodatkowo przez maglownicę, by pozbyć się resztek życia. Miałam wrażenie, jakby każdą moja komórkę, składającą się na moje ciało, ktoś brutalnie rozrywał na małe kawałeczki. Dodatkowo, dochodziło do tego upierdliwie, irytujące pikanie. Miałam ochotę sapnąć ze złości i kazać to komuś wyłączyć, ale nie byłam w stanie ruszyć nawet małym palcem u nogi. Ogromne pulsowanie w głowie, do rytmu tych cholernych piknięć, powodowało okropne mdłości, powstrzymywane przez nieznaną siłę. Wszystko, co działo się dookoła mnie, zlewało się w jednostajny szum, coś na kształt niedostrojonego radia.  Z czasem jednak miałam wrażenie, że ktoś majstruje przy tym radiu, a ja mogłam rozróżnić pojedyncze dźwięki.
   - ...wyjść! To wszystko twoja, pieprzona wina, że ona tu je...
   - ...kuj się. To ci nic nie d...
   - Prosz... podać... Za chwilę powinna się...
   - ...moja wina. Dlatego chce...
   - ...ówno mnie obchodzi, co ty chcesz! Ona teraz potrzebuje spokoju! Nie widzisz w jakim ona stanie tu jest? Po jaką cholerę za nią jechałeś na ten cmentarz? Doskonale wiesz, że nie chce cię widzieć, a ty i tak swoje robisz!
   Krzyki znajomego głosu wwiercały mi się boleśnie w mózg. Chciałam krzyknąć, by się zamknęli, ale z moich ust wydobył się tylko słaby jęk.
   - Proszę państwa! To jest szpital, a nie bazar. Tu leżą chorzy ludzie, którzy chcą spokoju. Proszę albo załatwić swoje sprawy na zewnątrz, albo się uciszyć - nieznajomy, ostry głos uciszył kłócących się.
   Ulga jaką przyniosła mi błoga cisza, sprawiła, że chciałam podziękować owej osobie, ale z moich ust znów wyrwał się tylko cichy jęk.
   - Doktorze! Pacjentka chyba się budzi!
   O nie, nie, nie... Tylko nie krzyki! Błagam!
   - Panno Miko, słyszy mnie pani? - zaskakująco przyjemny, cichy, męski głos rozległ się tuż obok mojej głowy.
   - ...ak... - wychrypiałam jedynie, starając się otworzyć oczy.
   Jednak, gdy uchyliłam powieki od razu tego pożałowałam. Jaskrawe światło pomieszczenia uderzyło mnie potwornym bólem głowy, który odbijał się od czaszki jak piłeczka do tenisa.
   - Czy może pani otworzyć oczy? - zapytał rzeczowo, na co kiwnęłam lekko głową i otworzyłam oczy.
   W pierwszym odruchu zamknęłam je ponownie, ale po kilkukrotnym mruganiu, byłam w stanie normalnie podnieść powieki. Wirujący, rozmazany obraz powoli się uspokajał, a ja w końcu dostrzegłam gdzie jestem. Sterylnie białe pomieszczenie, w którym kręciło się kilka osób, ubranych w miętowe kitle. Dookoła mnie stało kilka łóżek, a na niektórych z nich pacjenci. Nieznośne pikanie wydobywało się z niewielkiego ekranu, nad moją głową, który ukazywał podstawowe funkcje życiowe.
   Szpital. 
   Spojrzałam się na osobę, która stała po mojej prawej stronie. Na oko czterdziestoletni mężczyzna w śnieżnobiałym kitlu, z grubymi okularami na nosie. Miał brązowe włosy i niebieskie oczy. Uśmiechał się do mnie lekko, spoglądając znad granatowej podkładki.
   - Witam. Jestem doktor Flynn. To pod moją opiekę trafiłaś zaraz po wypadku - powiedział spokojnie, patrząc mi w oczy. Kiwnęłam delikatnie głową na znak, że zrozumiałam. Jednak nawet tak niewielki ruch, spowodował nową falę bólu, przez co skrzywiłam się, zamykając oczy. - Boli cię coś?
   - Głowa... - wyszeptałam. Chciałam zakryć oczy prawą ręką, ale nie mogłam nią ruszyć. Zerknęłam tam, gdzie leżała i zobaczyłam tylko biały gips.
   - Siostro Megg, proszę podać pacjentce paracetamol, pięć miligramów - mężczyzna odwrócił się do krągłej kobiety, przechodzącej obok nas, która następnie zniknęła za jakimiś drzwiami.
   Moment później wróciła ze strzykawką, a jej zawartość wstrzyknęła do mojej kroplówki. Niedługo po tym ból w mojej głowie zaczął słabnąć.
   - Masz złamaną prawą rękę i nogę oraz pękniętych kilka żeber. Nabawiłaś się też wstrząśnienia mózgu, ale to już się ustabilizowało - stwierdził rzeczowym tonem, po tym jak dostrzegł, że przyglądam się zagipsowanej ręce.
   - Ile tu już jestem? - zapytałam cicho, kierując swój wzrok z powrotem na lekarza.
   - Kilka dni. Poleżysz też u nas jeszcze przynajmniej dwa tygodnie, ponieważ poza wstrząśnieniem miałaś także niewielkiego krwiaka, który był niegroźny, ale wolimy nie ryzykować.
   Kiwnęłam głową, przymykając oczy. Ta krótka rozmowa wycieńczyła mnie, ale pozostawała jeszcze jedna sprawa, którą wolałam załatwić teraz.
   - Doktorze... Czy mogłabym porozmawiać z bliskimi? - zapytałam z nadzieją w głosie. Na prawdę nie chciałam czekać aż znów się obudzę.
   - Tak, tylko proszę, nie długo. Musi pani dużo odpoczywać - zastrzegł, z lekkim uśmiechem na ustach. Ponownie potwierdziłam tylko skinieniem głowy.
   Lekarz, nie czekając dłużej, wyszedł na korytarz, by porozmawiać z, cichymi już, moimi przyjaciółmi. Chwilę później cała chorda ludzi weszła na salę i rozsiadła się dookoła mnie. Wszyscy wyglądali tak, jakby warowali te kilka dni przed salą. Zazwyczaj idealnie pomalowana Rozalia, nie miała na sobie ani grama makijażu, a pod oczami ciemniały się sińce. Kentin wyglądał nie lepiej z potarganymi ciuchami i włosami. W spojrzeniu Gwen dostrzegłam tylko ogromną ulgę, że się obudziłam, a Lysander, który przytulał czerwonowłosą, jako jedyny wyglądał w miarę normalnie.
   - Cześć... - powiedziałam cicho, próbując się uśmiechnąć, ale sądząc po minach zebranych, wyglądało to raczej jak grymas.
  - Jak się czujesz, siostra? - zmęczone spojrzenie brata mówiło mi, że on również od dłuższego czasu nie spał.
   Zmartwiona Rozalia, złapała mnie za zdrową rękę, delikatnie ściskając. Odwzajemniłam uścisk, chcąc jej pokazać, że jest lepiej. Od razu zrobiło mi się cieplej na sercu, widząc ich troskę, jednak miałam świadomość, że to przeze mnie byli strapieni.
   - Szału nie ma, dupy nie urywa... - pokusiłam się na żart, na co westchnęli, jakby w uldze. - Co ze ślubem cioci?
   - Przełożyła dopóki nie wyzdrowiejesz. Była tutaj, ale z rana dostała pilne wezwanie i nie mogła zostać - białowłosa wyjaśniła, cały czas trzymając mnie za dłoń.
   - Co się właściwie stało? - zmarszczyłam lekko brwi, starając się coś przypomnieć. Mimo usilnych starań pamiętałam tylko okropny hałas i oślepiające światło. Nie pamiętałam co się stało zarówno po, jak i przed wypadkiem.
   - Miałaś wypadek... - zaczął niepewnie Kentin, zerkając na mnie nerwowo - ...jak wracałaś z cmentarza...
   Nie musiał nic więcej dodawać. Jedno słowo podziałało jak bodziec pobudzając wszystkie wspomnienia z tego cholernego dnia. Przed oczami stanęły mi obrazy z cmentarza. Jak klęczałam przed nagrobkiem mamy, jak szeptałam łamiące się słowa, odkrywając myśli, które nurtowały mnie od kilku dni. Widziałam Kastiela, który chciał ze mną porozmawiać. Znów poczułam tą bezsilność i frustrację na jego widok.
   - Jest tu...? - wyszeptałam, bojąc się, że przyjaciele usłyszą mój łamiący się głos.
   - Jest. Cały czas czeka na korytarzu - odpowiedziała Rozalia, przyglądając mi się z niepokojem. - To on sprowadził karetkę na miejsce wypadku.
   - Siedział przy twoim łóżku przez cały czas. Nie chciał odejść - odezwał się Kentin, przecierając zmęczone oczy. Widać było po nim, że nie podoba mu się obecność Kastiela, ale nic nie mógł na to poradzić.
   - Martwi się tak samo jak my... - cichy głos Gwen przerwał ciszę. W jej spojrzeniu widać było, że jest rozdarta pomiędzy przyjaciół a kuzyna.
   Westchnęłam ciężko, krzywiąc się na ból w żebrach. Jednak to nie on był powodem cisnących mi się do oczu łez. Słowa czerwonowłosej przywołały niechciane uczucia, które towarzyszyły mi na cmentarzu.
   - Chcę być sama... - wyszeptałam, odwracając głowę od przyjaciół.
   Właściwie, to nie do końca chciałam być sama, ale nie chciałam by przyjaciele widzieli mnie w takim stanie. Przez cały czas od powrotu Kastiela ukrywałam prawdziwe uczucia za maską opanowania. Obiecałam Rozalii, że postaram się mu wybaczyć, ale to kosztowało mnie dużo więcej niż myślałam, dlatego cały czas chowałam się za chłodnym spokojem. Najpierw musiałam poukładać to w sobie, dopiero wtedy mogłam cokolwiek powiedzieć przyjaciołom.
   Wiedziałam, że jest im ciężko, ale musieli mnie zrozumieć. To było dla mnie naprawdę ciężkie, a po całym incydencie na cmentarzu nie byłam już pewna niczego. Nawet własnych myśli.
   Ostrożnie pociągnęłam nosem, wycierając zdrową ręką mokre policzki. Czułam się bezradna, jak jeszcze nigdy w życiu. Nie miałam kompletnie pojęcia co zrobić, a rozszalałe w uczuciach serce wcale mi w tym nie pomagało. Jedyne czego pragnęłam by ten koszmar się już skończył. By te wszystkie, niechciane uczucia zniknęły raz na zawsze.

 ~~~~~~~~~~~~~ » . ∞ . « ~~~~~~~~~~~~~
* Co potrzebuję to ktoś, kto naprawdę troszczy
Naprawdę potrzebuję kochanka, który chce tu być.
Tak dużo czasu minęło, odkąd dotykałem chętnej ręki
Nie mogę narażać mojej miłości
Mam nadzieję, że to zrozumiesz.
(Za błędy w tłumaczeniu przepraszam, ale starałam się tego nie pokaleczyć)

piątek, 25 marca 2016

~ Rozdział 62 ~

 Na przekór naszemu dążeniu do rozsądku nieszczęsne serce ludzkie pozostanie we władzy szaleństwa. 
~ Emil Zola


   Ślub ciotki zbliżał się wielkimi krokami. Wszyscy moi bliscy chodzili poddenerwowani i dość często reagowali z przestrachem na każde zadane pytanie, związane z uroczystością. Ciocia i Rozalia chciały, by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Smoking dla drużby i moja sukienka leżały już przygotowane na ten dzień. Wszyscy goście zostali zaproszeni i zdążyli przysłać potwierdzenie, że pojawią się na zaślubinach. Dzień wcześniej ciocia odebrała w końcu swoją wymarzoną suknię od krawca. Suknia była niezwykle minimalistyczna i prosta. Jednak to w jej prostocie tkwił cały urok. Miała ładnie skrojony, idealnie dopasowany gorset, wiązany na plecach aksamitnymi tasiemkami. W pasie ozdobiona była szeroką, koronkową taśmą z licznymi perełkami i drobniutkimi kryształkami. Spódnica była lekko rozkloszowana, a kilka warstw szyfonu i aksamitu nadawała sukni lekkości i zwiewności. Ciocia Tatiana wyglądała w niej jak anioł ze swoimi ciemnozłotymi włosami, układającymi się w subtelne fale na plecach.
   Jednak nie wszystko szło tak, jakbym chciała. Od tamtego dnia, gdy Kastiel przysłał mi kwiaty, codziennie czekał na mnie przed budynkiem zanim zaczęłam pracę i zaraz po jej zakończeniu. Starałam się go ignorować, tłumiąc w sobie złość i rozgoryczenie. Nie chciałam go widzieć. Miałam powyżej uszu jego chorych gierek i pięknego przedstawienia o nawróconym chłopaku. Powinien się już dawno domyśleć, że spieprzył swoją szansę i już jej nie odzyska, jednak on wciąż nie ustępował. Coraz bardziej zaczynało mnie to drażnić. Nie tylko przez jego nieustępliwość i obecność, ale przez to, że coraz mniej zaczynała mi przeszkadzać jego osoba. Zaczynałam się przyzwyczajać do jego widoku. Zaczynałam się czuć jakbym znów była w liceum. Jakby te trzy lata rozłąki nigdy nie nastąpiły. Coraz bardziej czułam się rozdarta między to, co czułam do Kentina a nienawiść do Kastiela oraz to, co powoli zaczynało się we mnie na nowo odradzać. Nieświadomie zaczynałam oddalać się od szatyna, rozmyślając wciąż o Kasie. Nie chciałam ranić kochanka, ale nie mogłam znieść jego dotyku, kiedy przed oczami stawał mi czarnowłosy, który stał przed budynkiem wydawnictwa.
   Najgorszy był moment, kiedy Kentin czekając aż skończę pracę, natknął się na Kastiela. Do teraz nie jestem w stanie wyjaśnić sobie tego, jak udało mi się powstrzymać chłopaków od bójki. Wtedy między mną a Kenem doszło do pierwszej tak poważnej kłótni. Co prawda, zdarzało nam się pokłócić, jak to w każdym związku, jednak tamtego dnia szatyn pierwszy raz, odkąd zaczęliśmy ze sobą być, podniósł na mnie głos. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak wzburzonego. Był wściekły za to, e mu nic nie powiedziałam o jego powrocie. Mówił, że zachowuje się jak małe dziecko i po raz kolejny pozwalam mu się omotać. Rozumiałam jego złość, ale to nie zmniejszało bólu, jaki czułam z każdym wykrzyczanym słowem. Kiedy wykrzyczał mi, że nie zamierza być moim „rycerzem na białym koniu, który uratuje mnie przed depresją”, nie wytrzymałam i zapłakana wybiegłam z mieszkania. W pierwszym odruchu chciałam udać się do Rozalii, ale wiedziałam, że ona zrobiłaby mi podobne kazanie, poza tym nie miałam zamiaru denerwować ciężarnej. Udałam się więc do jednego z moich ulubionych parków, w którym znajdowało się niezagrodzone jeziorko. Zaszyłam się między roślinami, na starej ławce i wgapiałam się w czarną taflę wody. Dopiero po jakieś godzinie zostałam znaleziona przez Kena. Jego oczy wyrażały tak ogromną ulgę i coś na kształt poczucia winy, że nie potrafiłam się dłużej na niego złościć. Wróciliśmy do mieszkania, tłumacząc sobie wszystko nawzajem.
   Mimo tego, że to, co miało być powiedziane zostało, ja nie potrafiłam uporządkować sobie myśli. Wciąż czułam się rozdarta i niepewna całej sytuacji. Nie mogąc znieść tego napięcia, kilka dni przed zaślubinami postanowiłam wziąć wolny dzień w pracy i pojechać do Emeryville, by odwiedzić grób mamy. Nadal świadomość braku rodzicielki, sprawiała mi ból, ale po tych kilku latach zdążyłam się pozbierać na tyle, by móc normalnie odwiedzać jej mogiłę. Z samego rana, gdy zjadłam porządne śniadanie, wypiłam kawę i przygotowałam sobie lekki prowiant na drogę i wsiadłam do swojego ciemnogranatowego Chryslera.
   Kiedy wyjechałam na ulicę, musiałam od razu włączyć wycieraczki, ponieważ pogoda chyba dostosowała się do mojego ponurego humoru. Na niebie wisiały ciężkie, ciemne burzowe chmury, wypuszczając na ziemię morze chłodnych kropel. Mimo, że była połowa sierpnia, dzisiaj było wyjątkowo chłodno. Otuliłam się szczelniej skórzaną kurtką i włączyłam ogrzewanie. Większość drogi minęła mi spokojnie. Dopiero, gdy byłam prawie na miejscu i postanowiłam zrobić sobie mały postój, zadzwoniła Rozalia. Westchnęłam głęboko, patrząc na kolorowy ekran telefonu. Przesuwając palcem po wyświetlaczu odrzuciłam połączenie, a następnie napisałam wiadomość przyjaciółce z wyjaśnieniem. Przy okazji wyłączyłam całkowicie telefon. Nie chciałam, by ktokolwiek mi dzisiaj przeszkadzał, nawet jeśli była to białowłosa. Kochałam ją jak siostrę, ale to był jeden z tych dni, w których ma się ochotę zabunkrować przed ludźmi i pozostać w samotności.
   Na cmentarz dotarłam również bez żadnych przeszkód. Przejeżdżając przez miasto, wstąpiłam do kwiaciarni po ulubione kwiaty mamy - ciemnoróżowe piwonie. Nie zwracając uwagi na przenikliwie zimny deszcz, który spływał mi strumieniami z mokrych włosów na kark, podążałam ścieżką do grobu rodzicielki. Biały nagrobek wręcz lśnił wśród szarości cmentarza, a złote żłobienia migotały lekko od łez nieba. Odgarnęłam mokrą grzywkę z oczu, kładąc kwiaty przy pomniku. Kucnęłam przy kamieniu, cicho wzdychając.
   - Cześć mamo... - szepnęłam, czule gładząc biały marmur. Patrząc na wyżłobione imię matki, czułam się tak, jakby była obok mnie. Jakbyśmy znów siedziały w salonie, okryte grubym, pluszowym kocem z kubkami gorącej herbaty w rękach. Jakbyśmy znów mogły razem pogadać o tych wszystkich, nic nie znaczących bzdetach. - Jak się czujesz? Mam nadzieję, że dobrze. Pewnie tam na górze jest ciepło i słonecznie. Nie to, co tutaj - parsknęłam cicho, machając ręką, jakbym chciała pokazać jej to, co się działo dookoła. - U mnie... - usłyszałam jak głos mi się łamie, a w gardle rośnie nieznośna gula. Odetchnęłam, unosząc wzrok w górę, by pozbyć się, piekących pod powiekami, łez. - U mnie chyba coraz gorzej... Ja... Ja nie wiem co mam robić. Czuję się zagubiona jak jeszcze nigdy. To wszystko zaczyna mnie przerastać... - ostatnie słowa wyszeptałam, zakrywając twarz dłońmi. Już nie powstrzymywałam łez. - To jest takie ciężkie... Ja nie potrafię o nim zapomnieć, szczególnie teraz gdy codziennie mi o sobie przypomina. Mamo... To wszystko wraca... Ja nie chcę tego. Nie chcę znów stąpać po niepewnym gruncie, uzależnionym od jego humorków. Chcę spokojnego życia... Tylko chyba serce zaczyna czuć coś innego. To robi się coraz dziwniejsze. Kocham Kena. Jest mi naprawdę, niesamowicie bliski, ale to, co znów budzi we mnie Kastiel...
   Nic więcej nie powiedziałam. Czułam się załamana. Wszystko to, co z taką pieczołowitością sobie budowałam, to przed czym się tak broniłam zaczęło się rozpadać jak domek z kart. Wszystkie lęki, niepewności, nieprzespane noce... Wszystko zaczęło wracać, tyle że ze zdwojoną siłą. Czułam, że jeszcze chwila i znów się załamię, tak jak trzy lata temu.
   Kiedy szloch dusił moje gardło, poczułam ciepłą dłoń na ramieniu. Przestraszona poderwałam się, odwracając do osoby, która mnie dotknęła. Spodziewałam się każdego, nawet samego Szatana, ale nie jego. Momentalnie poczułam, jak chłód nienawiści ogarnia mnie, mrożąc krew w żyłach. Pociągnęłam nosem, odsyłając wgłąb siebie łzy.
   - Co ty tu robisz? - warknęłam, patrząc w jego czekoladowe oczy z nieopisaną furią.
   - Przyjechałem tu za tobą... - powiedział cicho, jakby niepewny, czy warto to mówić.
   - Śledziłeś mnie?! - wrzasnęłam piskliwym głosem. Jak on, do cholery jasnej, śmiał mnie śledzić?
   - To nie tak... - zaczął, zerkając na mnie niepewnie. - To jest silniejsze ode mnie. Nie potrafię się powstrzymać, by nie być obok ciebie, by nie patrzeć na ciebie. Liwia... Ja cię kocham...
   - CO?! - kolejny piskliwy krzyk, któremu towarzyszyło coś pomiędzy zduszonym śmiechem, krzykiem a parsknięciem. Miałam ogromną ochotę by go uderzyć, by podejść do niego i wyładować na nim całą złość, ale moje nogi zdawały się wrosnąć w miękką ziemię cmentarza. - Jakim prawem tu przyszedłeś, co? Jak śmiesz nachodzić mnie po tym, co mi zrobiłeś?! Jak śmiesz mi mówić, że mnie kochasz po tym, jak zostawiłeś mnie na lodzie bez żadnej wiadomości?! Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz, co? Że rzucę ci się w ramiona stęskniona? Że zapomnę o tych trzech latach milczenia? Jeśli tak, to się grubo mylisz. Miałeś swoją szansę, ale postanowiłeś ją zjebać. Teraz już za późno, by cokolwiek naprawiać.
   Chciałam się odwrócić i odejść, ale zatrzymał mnie, łapiąc za rękę. Spojrzałam na niego wściekłym wzrokiem, wyrywając nadgarstek. W jego oczach odbijały się przeróżne uczucia, od frustracji, po smutek i na koniec rezygnacja, która biła się z determinacją o władzę.
   - Dlaczego nie możesz ze mną normalnie porozmawiać? Dlaczego nie możesz mi dać możliwości, by naprawić to, co zrobiłem? - zapytał, nie spuszczając ze mnie uważnego wzroku.
   - Boże, Kastiel! Ale ty jesteś głupi. Głupi i uparty. -  Z mojego gardła wyrwał się ironiczny śmiech, którego nie byłam w stanie powstrzymać. - Zostawiłeś mnie. Nie powiedziałeś mi nic oprócz tej pieprzonej piosenki na koniec koncertu. Zostawiłeś mnie, nie dając szansy, by cokolwiek powiedzieć... - mój głos zaczął drżeć, a z oczu znów popłynęły łzy, mieszając się z deszczem. - Przez pół roku nie mogłam wygrzebać się z depresji, w którą wpadłam przez ciebie. Przez dwa lata próbowałam się z tobą jakoś skontaktować, jednak to nic nie dawało. Milczałeś jak grób. A teraz zjawiasz się teraz jak gdyby nigdy nic i oczekujesz wybawienia? Myślisz, że kilkoma miłymi słówkami i kwiatami naprawisz pół roku zniszczeń w moim sercu i trzyletnią przepaść między nami? - Nawet nie wiem kiedy zaczęłam płakać. - Ja mam wszystkiego dość. Dość tych twoich podchodów, dość nachodzenia... Nie chcę wracać do tego, co było w liceum. Nie teraz, gdy ułożyłam sobie wszystko na nowo. Ale ty tego nie pojmujesz... Wpadasz do mojego życia z brudnymi buciorami i wszystko niszczysz! Mam cię dosyć! Jedyne o czym marzę, to żebyś zniknął znów, tylko tym razem na zawsze!
   - Liwia... - wyciągnął rękę w moją stronę, jakby chciał dotknąć mojego ramienia, ale zatrzymał się w połowie drogi. - Przepraszam... Nie wiedziałem...
   - To teraz już wiesz - powiedziałam twardo, patrząc mu w oczy. Kiedyś te tęczówki o barwie czekolady sprawiały, że kolana mi miękły, ale teraz nic dla mnie nie znaczyły. Ponownie odgarnęłam mokrą grzywkę, po czym ruszyłam w dół ścieżki do auta. Kastiel chciał mnie jeszcze zatrzymać, ale odepchnęłam jego rękę. - Powiedziałam żebyś mnie zostawił w spokoju. Odejdź.
   Szybkim krokiem dotarłam do auta. Nie patrząc na to, że moczę tapicerkę, siadłam za kierownicą. Dopiero w suchym i ciepłym miejscu wszystkie emocje we mnie wybuchły, a ciałem targnął szloch. Opadłam głową na ręce, zawieszone na kierownicy, nie mogąc się uspokoić. Czułam się tak, jakby wszystko się we mnie rozrywało na małe części pozbawione uczuć. Byłam na niego ogromnie wściekła. Zabrał mi jedyne miejsce, w którym czułam się bezpiecznie. Zbezcześcił swoją obecnością mój azyl.
   Nie chcąc być dłużej w tym miejscu, odpaliłam silnik i ruszyłam w drogę powrotną. Nie zwracałam uwagi na, rozmazany przez deszcz, obraz przed sobą. Nie troszczyłam się o coś takiego, jak wycieraczki. Nie przejmowałam się cieknącymi co chwilę łzami. Chciałam tylko jak najszybciej znaleźć się w domu. To jednak okazał się mój największy błąd, jaki mogłam popełnić.
   Wyjeżdżając z kamienistej dróżki na główną ulicę, przez rozmyty widok nie zauważyłam nadjeżdżającego z naprzeciwka auta. Jedyne co ostatnie zapamiętałam, to okropny pisk opon, oślepiający blask reflektorów i ogromny huk metalu, który boleśnie wbił mi się w czaszkę. Później nastąpiła tylko ciemność.